Z cyklu: sowieckoje szampanskoje

Kolejne moje dzieci chodziły do tego samego przedszkola , odkąd przyjechałam do Lwowa, czyli od prawie 10 lat. Nikt z rodziców na zebraniu grupy żłobkowej nie miał takiego stażu. W dodatku mam duży samochód, nie pracuję na etat, no i koronny argument – moja teściowa jest dyrektorką, więc zgłosiłam się do komitetu rodzicielskiego, wierząc, że będę mogła owocnie pracować dla wspólnego dobra, a w razie czego porozmawiać z mamą lub podpytać ją.

Rzeczywistość jednak, jak to ona, przerosła moje oczekiwania. Do zadań komitetu rodzicielskiego należało: zbieranie pieniędzy, kupowanie środków czystości, kupowanie dzieciom zabawek na Mikołajki itp., oraz „nagradzanie” wychowawców. Na nagradzanie szła połowa zebranych pieniędzy. Przy okazji każdego przedstawienia w przedszkolu trzeba było wszystkim dyskretnie wręczyć koperty, i to nie tylko wychowawczyniom, ale i pomocnicom, pielegniarce, kucharkom, administracji. No i dyrektorce. Niestety nikt z nas nie znał stawek. Mama też nie okazała się pomocna. Powiedziała, żeby jej nic nie dawać, a innym to ona nic nie wie. Potem się okazało, że każdy dostaje według określonej stawki procentowej – wychowawczynie po 100%, pomocnice po 50%, a kucharkom wystarczają cukierki i alkohol. Dyrektor oczywiście dostaje > 100%. My daliśmy wszystkim po równo (a mamie nic, zgodnie z jej życzeniem), a oni te koperty chyba wspólnie otwierali, no i wyszło, że wszystko nie tak.

Na następny rok mama nawet mi nie powiedziała, że jest zebranie rodziców i wybrali kogo innego.

dodaj do notanika