Taki incydent dzisiaj. Poszłyśmy dziś, ja i Wika, ze znajomymi z Polski do restauracji „Atlas” na Rynku. Podchodzi kelner i pyta, czy przynieść menu po ukraińsku czy po angielsku.
– A po polsku nie ma?
– Nie ma.
– Nawiązujecie do historii polskiej restauracji i nie macie menu po polsku?
– To nie była polska restauracja.
– A jaka?
– Galicyjska. Stworzona w Austro-Węgrzech, przez Żyda.
– Menu przed wojną też było po żydowsku?
– Nie, ale wtedy większość turystów była polskojęzyczna. Teraz tu jest Ukraina.

Tak więc, drodzy turyści, zanim zawitacie do, jak się Wam będzie zdawało, pięknej, nawiązującej do przedwojennej polskiej tradycji, lwowskiej restauracji, gdzie na ścianach wiszą karykatury narysowane przez galicyjskiego malarza Sichulskiego, przedstawiające stałych bywalców knajpy, przedwojennych galicyjskich literatów (stali bywalcy to Kasprowicz i Makuszyński), zanim skosztujecie reklamowanej na ścianach po polsku śmietanówki, zanim pocieszycie oko przedwojennymi wierszykami, układanymi przez galicyskich poetów, a nawet zanim spełnicie swoją fizjologiczną potrzebę u galicyjskiego „Pana Edzia”, zastanówcie, się, czy warto wkładać swoje pieniądze w tak pojmowany mit Galicji.

Szkoda, że „galicyjskość” stała się sprytnym wybiegiem tam, gdzie nie da się zaprzeczyć oczywistej polskości. Niezależnie od tego, kto był właścicielem „Atlasa”, kto w nim bywał, ani pod jaką władzą powstał, atmosferę i legendę tej knajpy stworzyła przede wszystkim polska bohema artystyczna i literacka. I ktoś, kto tego nie rozumie albo nie uznaje nie ma prawa korzystać z fenomenu wielonarodowego Lwowa, a tym bardziej robić na tym biznesu. Albo menu po galicyjsku poproszę.

dodaj do notanika