47. EUROPEJCZYK

Dawno nie miałam okazji przechodzić przez piesze przejście graniczne między Polską a Ukrainą. Moc wrażeń. Choć już nie to, co kiedyś, bo ludzi mniej, przed polskim pawilonem tylko dwa „legiony” – tak nazywają grupki ok. 50-osobowe czekające na kontrolę, wydzielone przez pograniczników, żeby się ludzie w tłumie nie stratowali.

Na wejściu wszyscy deklarują „dwie paczuszki”, co trzecią kobietę celniczka zaprasza na osobistą i szuka pod warstwami swetrów kolejnych dwóch. Po polskiej stronie odbiorcy – witają wszystkich wychodzących z „korytarza” familiarnym „fajki masz”?

Z powrotem jedziemy busikiem z Przemyśla do granicy. Jest pełen, zbiera wszystkich spóźnionych handlarzy, pasażerów ostatniego pociągu, studentów, którzy na święta wracają do domu i niezrzeszonych, jak my. Kierowca jest bardzo gadatliwy, wszystkich zaczepia, żartuje w dość żenujący sposób, narzeka na władze i porządki, w ostatniej chwili zabiera jeszcze jakieś dwie ukraińskie siksy z plecakami. Nie ma już miejsc, siksy stoją więc obok niego, a on zagaduje je całą drogę. A skąd, a dokąd, a dlaczego, a one, że turystycznie, a Polska taka piękna, że aż się wracać nie chce, a on, że nie wracajcie, bo na Ukrainie to syf, że kiedyś to było lepiej, bo za Sojuza był w Charkowie, to porządek był, a ja wam jakąś pracę w Przemyślu znajdę, na co one, że hihi, a ten syf to wam Majdan zrobił, one znów hihi, on że na Ukrainie drogi paskudne, one, że bardzo, i że straszne, on, że najgorzej to między Samborem a Drohobyczem, ale za Sojuza to lesze drogi były, a one, że hihi.

„Czego chcesz, zamiponował im – Europejczyk” – skomentował mąż, jak wysiedliśmy.

dodaj do notanika