Nie sądziłam, że i mnie to kiedyś spotka, a jednak. Mieszkam na Ukrainie od 11 lat, opinie w sprawach spornych staram się wydawać wyważone sądy, czytam i słucham opinii obu stron. Mój mąż jest Ukraińcem, moje dzieci są Polakami i Ukraińcami jednocześnie. Komu bardziej niż mnie będzie zależało na porozumieniu polsko-ukraińskim? Oprowadzając polskie wycieczki staram się przedstawić również ukraiński punkt widzenia. Zawsze był mi obcy jakikolwiek nacjonalizm, a na każdą kwestię staram się patrzeć z pozycji humanistycznych. Nie wszystkim się to podoba, zarówno z polskiej, jak i ukraińskiej strony.

To, że ludzie zarzucają mi poglądy, które „mogą spowodować napięcie w stosunkach polsko-ukraińskich”, świadczy chyba o tym, że nawet przy najlepszej woli prowadzenie dialogu polsko-ukraińskiego będzie niezmiernie trudne.

Przykład pierwszy: w biogramie I. Franki, oprócz kilkudziesięciu innych informacji o poecie, wspomniałam, że tłumaczył na ukraiński Marksa. Zarzut: „nie był Iwan Franko tłumaczem Marksa na język ukraiński, a kiedy nawet i tłumaczył, to tylko odrębne fragmenty, i czy to takie ważne w jego biografii?”

Przykład 2: Mój tekst, dotyczący zamachu na S. Sobńskiego: „W procesie skazano na śmierć dwie osoby, choć ich wina pozostaje wątpliwa. Prawdziwym wykonawcą zamachu mógł być Roman Szuchewycz, później odpowiedzialny za rzeź wołyńską” Zarzut: „zabił Bogdan Podhajny, a nie Roman Szuchewycz, chociaż ostatni brał w tym udział.  Czy był odpowiedzialny jako późniejszy dowódca UPA za rzeź wołyńską? Nie ma na to dowodów. To wszystko pomówienie. Historia zawsze ma białe plamy i być może nikt nie dojdze do prawdy”.

Ciężko wzdycham i zmieniam w tekście na „Prawdziwym wykonawcą zamachu mógł być Roman Szuchewycz, późniejszy dowódca UPA w czasie zbrodni wołyńskiej”. To chyba już nie pomówienie?