67. PANI STASIA. Tekst na Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian

(długie)

Każdy, kto był we Lwowie wie, ile osób kręci się pod polskimi autobusami wycieczkowymi. Ten sprzedaje chałwę, tamten pocztówki, inny gazetę czy płyty, ktoś śpiewa piosenki, ktoś zbiera na leczenie, ktoś na akademik, ktoś prosi o kanapkę a ktoś po prostu żebrze. Wśród tych postaci trafiały się czasem dwie białowłose staruszki – jedna zgięta w pół pod ciężarem przeżytych lat, i druga – z dobrymi, błękitnymi jak dwa jeziora oczami.

Ta druga to pani Stasia. Nie prosiła nigdy dla siebie. Prosiła dla Polaków z domu starców, do których jeździ z pomocą, choć sama ma już 82 lata. Ostatnio wycieczki przyjeżdżają rzadziej, ale ja coraz częściej widuję panią Stasię. Zazwyczaj modlącą się na uboczu w którymś z lwowskich kościołów. Podejdę, przywitam się. Na tym koniec.

Ostatnio spotkałam panią Stasię w kościele św. Antoniego. Przy kurtuazyjnym „co słychać” spuściła wzrok. A potem powiedziała, że przyjaciółka, ta druga staruszka (93 lata), która zawsze zbierała na podróż do Częstochowy, jest w szpitalu, miała amputowaną nogę. Nie pojedzie już na pielgrzymkę. Jeździ do niej, pomaga, choć sama jest w ciężkiej sytuacji – okradli ją z większej kwoty powierzonych pieniędzy, które musi oddać. Pomogłam jej niewielką kwotą, którą akurat miałam przy sobie. Z ciężkim sercem wróciłam do domu.

Wczoraj zupełnym przypadkiem spotkałam panią Stasię na ulicy. Wracałam do domu, szłam do samochodu. Ona wracała ze szpitala od swojej przyjaciółki. Zaproponowałam, że ją podwiozę. Trochę się broniła. Okazało się, że mieszka na drugim końcu miasta. Po drodze opowiedziała mi swoją historię.

Miała 6 lat, kiedy wybuchła wojna. Ojciec poszedł na front i nie wrócił. Mama była ciężko chora. Nią, starszą siostrą i bratem opiekowała się babcia. Pewnego dnia przyjechała znajoma, która miała męża Ukraińca. Ostrzegali, że Polaków czeka taki los, jak Żydów, że nacjonaliści planują mordy. Babcia uciekła z dziewczynkami, brat nie chciał. Nie wierzył w ostrzeżenia, „nikomu nic nie zrobiłem, więc i mnie nic nie zrobią”, mówił. Kiedy wróciły, znalazły jego poćwiartowane ciało. Miał 14 lat. „Nigdy nie zapomnę tego widoku” – mówi pani Stasia.

Nie wyjechały po wojnie do Polski, nie było z kim. Babcia może była już stara, może zmarła. Zostały same, dwie. Powychodziły za mąż. Mąż pani Stasi był Białorusinem. Urodził im się syn. W 1981 r. mąż z synem lecieli samolotem. Rozbił się koło Soczi. Obu pochowano na Cmentarzu Janowskim we Lwowie, niedaleko zniszczonej już wówczas kwatery Orląt.

Siostra pomogła jej podnieść się po tragedii. Wspólnie zajmowały się jej maleńkim wnukiem. Wspólnie chodziły na grób. Pewnego razu pani Stasi nie było na cmentarzu przez miesiąc. Kiedy przyszła, nie mogła znaleźć grobu. W tym miejscu nie było nic. Pusta, zaorana kwatera. „Powiedzieli, że tu był cmentarz żołnierzy ukraińskich i będą odnawiać. Wszystkie nagrobki wyrzucili, zgarnęli na wielką kupę gruzu koło wejścia. Szukałam pomnika, ale nie znalazłam. Do Kijowa jeździłam, ale powiedzieli, że to im nie podlega. Nawet grobu nie mam. Dlaczego tak zrobili? Przecież to dziecko było, miał tylko 15 lat”. W tym miejscu stoi teraz pięknie odnowiony cmentarz żołnierzy ukraińskich z lat 1918-20. Podobnie, jak sąsiedni polski, został zniszczony przez sowietów. Zezwolono wówczas na ponowne pochówki w tych kwaterach. Na polskim cmentarzu wciąż są.

„Muszę jechać do Krakowa” – mówi Pani Stasia. – „znajoma obiecała mi pomóc w załatwieniu wózka inwalidzkiego dla przyjaciółki. I do Łagiewnik chcę pojechać, wyspowiadać się. Bo żal mam czasem do Ukraińców”. I uśmiecha się swoimi niebieskimi oczami, w których nie ma ani krzty nienawiści.