Referatem, który na okrągłym stole w muzeum etnografii zyskał największy oddźwięk, był referat Romana Czmełyka o etnicznych markerach kulturowych. Badacz zwrócił uwagę na problem wspólnego dziedzictwa w sferze pogranicza, które często jest na siłę przypisywane do kultury tego czy innego narodu i w ten sposób zabytki stają się zakładnikami koniunktury politycznej. Prelegent celowo prowokacyjnie, jak sam podkreślił, wspomniał o bataliach żółkiewskich. Prowokacja zadziałała :)

 

Kto nie orientuje się, w skrócie: w kolegiacie w Żółkwi wisiały cztery ogromne obrazy batalistyczne, ilustrujące bitwy stoczone przez Stanisława Żółkiewskiego i Jana Sobieskiego. Po II wojnie światowej kościół odebrano wiernym, niszczał. Wówczas wspomniane obrazy wyniesiono i włączono do kolekcji Lwowskiej Galerii Obrazów dzięki inicjatywie Borysa Woźnkickiego, ówczesnego dyrektora. Dwa z obrazów zostały niedawno poddane gruntownej restauracji w Polsce, całość sfinansowała polska strona. Obrazy znajdują się w ekspozycji zamków należących do Galerii, choć polska strona upomina się o ich powrót do wyremontowanego kościoła w Żółkwi, decydenci ze strony ukraińskiej nie chcą o tym słyszeć.

 

Zdaniem Czmełyka batalie powinny wrócić do Żółkwi jako depozyt, pod warunkiem, że kościół zapewni odpowiednie warunki ich przechowywania. Nie wszyscy byli tej samej myśli. Głos zabrał pracownik Lwowskiej Galerii Obrazów, którego nazwiska nie zapisałam, a który był zdecydowanie przeciwny. Bo: 1) Jeśli mamy oddać batalie, to niech Polacy oddadzą inne elementy wyposażenia, które zostały wywiezione do Polski; 2) To może wszystko z muzeów w ogóle pooddajemy w miejsca, skąd pochodzi? 3) Jeśli Polacy będą stawiać swoje memoriały u nas, jak to było na Krymie, to będziemy mieli to, co mamy; 4) Jesteśmy zbyt słabi, żebyśmy byli tacy silni i demokratyczni;

 

Zwłaszcza ostatni argument mnie uderzył, bo zobaczyłam w nim jak w soczewce sedno i innych konfliktów polsko-ukraińskich we Lwowie – o kościół św. Marii Magdaleny i plebanię św. Antoniego, o tablicę na Ossolineum i Dom Polski, i inne jeszcze. Polacy chcą coś sfinansować, odnowić, należy się, niech robią, to ich przecież! Ale jak chcą decydować o losie tych rzeczy – o nie, to nasze wtedy.

 

Niezbyt to ładnie, ale jak o tym myślę, to oczyma wyobraźni widzę takiego rozjuszonego ratlerka: nie mogę ugryźć, to przynajmniej poszczekam.

dodaj do notanika