Na mapie atrakcji Lwowa pojawił się nowy punkt. Jest to apteka „Pod węgierską koroną”, znajdująca się na pl. Sobornym (d. Bernardyńskim). Na Ukrainie prawie wszystkie leki są bez recepty, co już samo w sobie jest swego rodzaju atrakcją ;), ale nie dlatego piszę o aptece.

Lokal posiada oryginalne wnętrze z pocz. XX w. – neorokokowe meble z ozdobnymi okuciami i elementami z trawionego szkła. Jest to jedna z niewielu aptek we Lwowie, która takie wyposażenie do dnia dzisiejszego zachowała, w dodatku niedano odrestaurowane.

W podziemiach zakładu znajduje się niewielkie pomieszczenie przeznaczone specjalnie dla turystów. Można tu obejrzeć film o historii aptekarstwa (która sięga we Lwowie XIII w.) oraz samej apteki, która została założona w 1772 r., z pewnymi fabularyzowanymi elementami. Film na razie jest po ukraińsku, polska wersja w przygotowaniu. Atrakcja ta powinna się spodobać w pierwszej kolejności dzieciom.

Aptekarze zapropnują nam degustację eliksiru szczęścia, oraz zakup pamiątek – w tym tabletek od nieszczęśliwej miłości, zazdrości, chciwości oraz mydła „łapówkarzy” na swędzące ręce.

dodano 28.03.13:

Pan Krzysztof Szolginia przysłał mi cytat opisujący aptekę z dzieła „Tamten Lwów” swojego Taty:

(…) Na placu Bernardyńskim pod numerem pierwszym mieściła się zaszczytnie w całym Lwowie znana apteka o wspaniale dostojnej nazwie „Pod Węgierską Koroną” pana doktora Jana Piepesa-Poratyńskiego. Czegóż on nie produkował w tym swoim farmaceutycznym interesie… Na podstawie moich lwowskich „archiwaliów” mogę tu przypomnieć teraz, że szeroko reklamował, między innymi, następujące swoje jakoby oryginalne i absolutnie niezawodne specyfiki: proszki o nazwie kephalgina przeciw nerwobólom głowy, sporządzane, cytuję, „według ordynacji profesora doktora Adama Czyżewicza” (nawiasem mówiąc, znakomitego ginekologa i położnika), których to proszków „oryginalne pudełko” kosztowało zaledwie 50 groszy; dalej – płynny chloromentol do nacierania, również płynny środek przeciw odciskom, nie mniej płynny eliksir do ust i puder antyseptyczny. Każdy z tych aptecznych środków występował w reklamowych prospektach i ogłoszeniach prasowych każdorazowo z nazwiskiem swego wynalazcy (eliksir dr. Poratyńskiego, chloromentol dr. Poratyńskiego itd.).
Z jego zaś apteką wiąże się moje własne, szczególne wspomnienie. Oto pan doktor Piepes-Poratyński pośrednio przyczynił się do tego, że… żyję do dziś i mogę obecnie pisać te oto słowa. Po prostu kiedyś uratował mi życie, nic oczywiście o tym nie wiedząc. A jak to z tym było – pokrótce opowiem.
Pod sam koniec lat dwudziestych, pewnej bardzo mroźnej i śnieżnej zimowej nocy, zaczął mnie, kilkuletniego wtedy malca, dusić dyfteryt. Natychmiast należało mi zaaplikować odpowiedni środek przeciw tej groźnej chorobie (znacznie później dowiedziałem się, że chodziło o surowicę przeciwbłoniczną), po który w środku nocy pobiegł mój ojciec. I to pobiegł bardzo daleko od naszego domu, ponieważ na Łyczakowie żadna apteka nie pełniła wówczas nocnego dyżuru.
Lekarstwo dostał dopiero właśnie tutaj – „Pod Węgierską Koroną” na placu Bernardyńskim. Po chwili – wypadek: na mego tata zwalił się nagle ogromny nawis śnieżny z dachu domu, w którym się mieściła apteka. Ojciec, zbity z nóg i przygnieciony masą śniegu, został kompletnie unieruchomiony.
Jakimś cudem po pewnym czasie wydostał się z tego śnieżnego zwału przy pomocy przypadkowego nocnego przechodnia. Mocno potłuczony, bardzo wyczerpany i na wskroś przemarznięty dowlókł się jakoś do domu jeszcze na czas. Niewiele już jednak tego czasu brakowało do tego, abym się ostatecznie udusił. Zostałem uratowany – i dziś po kilkudziesięciu już latach minionych od tamtej pamiętnej zimowej nocy, mogę teraz pisać te oto słowa. Dzięki zaś opisanemu zdarzeniu, aptekę „Pod Węgierską Koroną” dobrze zapamiętałem na całe życie. (…)

Witold Szolginia, „Tamten Lwów”, tom 2 „Ulice i place”, rozdział „Na placu Bernardyńskim”, s. 217–219.

dodaj do notanika