Epizod 1

Zbieramy się w drogę samochodem osobowym. W grupie jest Amerykanin. Pyta, ile czasu zajmie droga do Kamieńca (ok. 300 km). Mówię, że około 6 godzin. Jedziemy przez Złoczów, pierwsze 70 km ze Lwowa fatalne, głębokie dziury albo całkowicie zdarty asfalt. Jednak nie żartowałaś – mówi John.

John siedzi koło mnie i patrzy w mapę. W okolicach Tarnopola informuje: zaraz wyjedziemy na autostradę.

Epizod 2

W hotelu w Kamieńcu Podolskim (4*) jest do wyboru kilka zestawów śniadaniowych: kurczak z makaronem, pierogi, jajka sadzone z surówką z kapusty, kasza na mleku. W żadnym nie ma kawy, masła do chleba. Piąty zestaw: dwa jajka na twardo, woda, herbatniki.

Pytam, czy za wodę mineralną z pokoju trzeba płacić. Nie. Za chwilę podbiega pani z recepcji prosząc opłatę za wodę. – Przecież pytałam, powiedziała pani, że za darmo.   Pomyliłam się.

Epizod 3

John chce zobaczyć ruiny kościoła w Okopach Św. Trójcy, w którym zachowały się freski z wyobrażeniem godła Polski i Litwy. Jedziemy. Wieś jest mała, ciągnie się ok. 1,5 km wzdłuż jedynej drogi. Podjeżdżamy do kościoła. Jest wyremontowany i… zamknięty. John w pierwszej chwili nie poznaje, wykrzykuje: to nie ten kościół, ale o pomyłce nie może być mowy. Kiedy chodzimy naokoło, z pobliskiej zagrody wyskakuje facet w gaciach, krzycząc mam klucz, mam klucz, otworzę wam!

Mimo swojego ubioru wchodzi z nami do świątyni (jak się później okazało, niepoświęconej, choć nasz klucznik twierdził inaczej). W środku ściany już odmalowane, polichromie częściowo stare, są „orzełki” i „pogonie”. Klucznik wciąż gada, buzia mu się nie zamyka, połyskuje rzędem złotych zębów z przodu. Dyplomatycznie unika odpowiedzi na pytanie, czy jest Polakiem lub katolikiem: A czy to, panie, inny Bóg jest dla Warszawy, Nowego Jorku i Okopów?

Opowiada, że kościół długo stał opuszczony. Dopiero kilka lat temu podczas jednej z polskich wycieczek w Okopach jakiś turysta zapytał go: – Czemu nie wyremontujecie? – Nie mamy pieniędzy. – To ja dam. Przysłał sumę, która wystarczyła na początek, a wtedy klucznik… sprywatyzował obiekt. Żeby nie było, że wyremontują, a potem ktoś odbierze. Ze mnie się śmieją we wsi, że mamy cerkiew, mamy grekokatolicką kaplicę, ale to ja mam największą parafię.

Kiedy dowiaduje się, że John jest z Ameryki, od razu przypomina sobie o swojej ciotce, która również tam wyjechała, ale rzadko się odzywa. Namawia Johna, żeby zadzwonił do niej i porozmawiał z nią. Woła żonę, żeby dała telefon do ciotki. Żona dzwoni do córki. Daje mi słuchawkę. – Bo wie pani, ja dwa lata temu starałam się o amerykańską wizę, ale dostałam odmowę. Może ten pani znajomy by mi pomógł?

Odjeżdżamy. John: he made my day.

Epizod 4

Bar „Nika” w Buczaczu. Dłuższą chwilę siedzimy i tłumaczymy menu – jest tylko po ukraińsku, za to bardzo rozbudowane – czterdzieści sałatek, dwadzieścia zup, cała stron potraw z kapusty, piętnaście rodzajów pierogów, itd. Podchodzi starsza pani, pyta, czy nam coś poradzić, bo większości potraw z menu i tak nie ma. Zamawiamy barszcz, placki ziemniaczane, pierogi, frytki. Pani jest bardzo uprzejma – na pytanie, z czym są placki, odpowiada, że ze śmietaną, ale mogą zrobić z czym chcemy:mięsem, grzybami, warzywami, sosem takim, śmakim i owakim.  Przyjmuje zamówienie i znika. Po chwili wraca z torbą pełną ziemniaków i woreczkiem jajek.

Zastanawialiśmy się, na czyje danie zabrakło ziemniaków, bo każdy z nas zamówił coś z ziemniakami. Chyba jednak były to ziemniaki dla następnych klientów, bo nasze dania przyszły szybko.

Póki czekaliśmy, zapytałam, czy w zakładzie jest toaleta. Oczywiście, jest. Kiedy jednak jeden z panów próbował z niej skorzystać, wrócił z niewyraźną miną. Na drzwiach coś jest napisane. Chyba, że nieczynna. Poszłam na zwiady. Rzeczywiście, na drzwiach wisiała taka informacja. Podeszłam znów do barmanki. – Nie ma u was toalety? – Nie, jest. – Ale nieczynna. – Nie skąd. – A ta informacja na drzwiach? – A, to tylko tak… Pani podeszła i odkleiła karteczkę. – Ale tylko na siusiu.