Byli z gazowni. Trzeba było jakąś rurę przespawać, żeby zalegalizować dokumenty na kocioł. Oczywiście, jak to u nas, wszystko robi się od końca – najpierw dokumenty, potem robota, a na końcu plan. Mając świadomość, że to wszystko nielegalnie, poprosili, żeby napisać podanie, że gaz wycieka, i w razie czego oni przyjechali likwidować ten wyciek. Bo nigdy nic nie wiadomo, ratusz niedaleko, radni chodzą… 
Pierwsza wizyta skończyła się tylko na kawie i koniaku, ale po pracy to już sobie majstrowie muszą pojeść, i nie ma zmiłuj, żeby gospodarz nie dał obiadu. Nie lubię tego, żeby mi obcy faceci w domu ucztowali, ale co zrobisz. Przyszedł też teść (te pracuje w gazowni), już pod gazem. Przyniósł chleb, kiełbasę i serdelki, najwidoczniej się bal, że nic nie będzie do jedzenia i wstydu się naje. No i pół litra obalili do tego. 
Dzisiaj miał przyjść jakiś inny facet, obejrzeć, czy wszystko dobrze zrobili i w nagrodę za to dostać butelkę koniaku. Za to, że przyszedł. Mąż zadzwonił do niego o 10.oo: – Będę za 10 minut! – kiedy jednak po 10 minutach się nie zjawił, mąż zadzwonił do niego ponownie, że w razie czego będę w domu ja. – Będę za godzinę! – Facet był od samego rana nawalony. Nie przyszedł wcale. 
dodaj do notanika