3. i ostatnia część tekstu, nadesłanego przez p. Olgierda Chojnackiego.

(na zdjęciu Żółkiew współcześnie)


Nasza lwowska wycieczka, jedna z bardzo nielicznych jakie wówczas z Polski tam oficjalnie dotarły, dla pięciu osób omal nie zakończyła się fatalnie. Powiedziano nam przed wyjazdem, że możemy tylko przebywać na terenie miasta i jakiekolwiek wypady poza jego granice są zabronione. Ta przestroga u kilku osób wywołała pragnienie przeżycia przygody, bo owoc zakazany ponoć lepiej smakuje… Dwóch panów i trzy panie ubrani „po europejsku”, czyli nie w szarych strojach jakie królowały na ulicach radzieckich miast, udało się rejsowym autobusem do małego miasta Żółkiew (wtedy Нестеров). Opowiedzieli nam przy kolacji swoją przygodę mrożącą krew w żyłach. Wyszli z autobusu trzymając aparaty fotograficzne w rękach. Po przejściu zaledwie kilkunastu kroków trafili na patrol żandarmerii wojskowej, który po ich wylegitymowaniu zaprosił „иностранных польских гостей” do służbowego gazika. Krasnoarmiejcy zawieźli ich do komendantury wojskowej mieszczącej się przy Rynku w zamku Żółkiewskich. Tam każda osoba siedziała w osobnej izbie oczekując na  indywidualne przesłuchanie. Przeżywali dodatkowy stres z racji braku możliwości porozumiewania się między sobą. Aparaty zabrano  do badania, aby stwierdzić co niepożądani przybysze już sfotografowali w mieście wypełnionym wojskiem. Polacy dowiedzieli się podczas śledztwa, że miasteczko jest zamknięte dla jakichkolwiek obcokrajowców nawet dla tych z „demoludów” (kraje demokracji ludowej), bo znajduje się w wojennej strefie przygranicznej. Na koszary zostały zamienione wszystkie dawne klasztory. Nie znając swojego dalszego losu przez kilka godzin mieli ogromnego „pietra”. W końcu, z braku dowodów o szpiegostwo, uznano ich za przypadkowych, nie groźnych włóczęgów. Po zwróceniu aparatów ale bez błon negatywowych odwieziono całą piątkę do naszego hotelu we Lwowie. Była godzina szesnasta kiedy załoga „Inturistu” kazała opuścić pokoje wszystkim uczestnikom naszej wycieczki, którzy akurat w nich przebywali. Dostaliśmy polecenie zejścia do hallu wejściowego. Tam ustawiono nas w szereg, a przed nami pojawiły się osoby, których niepożądana wycieczka do Żółkwi mogła zakończyć się dużo gorzej… Na twarzach tych pań i panów dostrzegłem skruchę i zmęczenie w przeciwieństwie do zadowolenia, które tryskało z oblicza dyrektora hotelu. Najwyraźniej czuł wielką satysfakcję z tego, że mógł łamaną polszczyzną „opierdolić” wszystkich Polaków niewinnych i winnych przebywania poza granicami Lwowa. Wskazując ręką na pięcioro niedoszłych Żółkwian z naszej grupy przestrzegł na koniec, że następnym razem wszyscy łamiący wyraźny zakaz samowolnego wyjazdu z miasta mogą nie widzieć nawet przez kilka lat Polski, bo czekać na nich będzie w najlepszym razie cela więzienna…

Kiedy prof. Puciata – Pawłowska dowiedziała się, że w grupie czasowych aresztantów znalazł się jej krewny, to o mały figiel nie dostała zawału serca. Uratowała staruszkę podwójna dawka kropli Waleriana. Była bowiem świadoma tego co może czekać człowieka w ZSRR oskarżonego o szpiegostwo. Przedpołudniem tego samego dnia również ja, nasza przewodniczka i inny pan razem pojechaliśmy do miasteczka Żółkiew tzw. „marszrutą”. Była to mocno wysłużona taksówka marki „Wołga”, której szofer – kobieta zgodziła się zabrać nas według taryfy tam i z powrotem spod dworca kolejowego we Lwowie. Auto w środku dawno nie pamiętało szczotki lub odkurzacza, bo oprócz ludzi zdarza się, że pasażerami jest także drobny inwentarz domowy (kury, prosięta, kaczki). Nasza odzież nie różniła się zbytnio od przyodziewku tubylców i to nas uratowało przed wpadką. Na postój wybraliśmy pusty Rynek, prosząc naszą „woźnicę” aby poczekała na nas jakieś pół godziny. Nie rzucając się nikomu w oczy podeszliśmy pod miejscową farę, gdzie „Zenitem” zza poły płaszcza pstryknąłem kilka zdjęć. Kościół oczywiście był zamknięty na cztery spusty. Wróciwszy na plac, z ciekawości zajrzałem przez bramę wjazdową na dziedziniec zamkowy, gdzie stało wiele ciężarówek wojskowych i kilka wozów pancernych. Żandarm pilnujący armijnego dobytku na paliwo ciekłe najwyraźniej uznał mnie, intruza с Польшы za nieszkodliwą osobę, bo   bez zaczepki z jego strony opuściłem teren dawnej rezydencji założyciela miasta z powrotem na Rynek. Nie przypuszczałem, że w tym samym czasie pięcioro naszych w tym budynku gęsto tłumaczy się ze swojej „zbrodni”.  Zauważyłem, że pani szofer otworzyła maskę silnika i coś tam przy nim grzebała. Kiedy byliśmy już wszyscy w środku pojazdu zapytałem, czy miała kłopoty z rozrusznikiem. Uśmiechnęła się i oznajmiła, że w tym miejscu nie ma postoju, więc na wszelki wypadek udawała, że musi sprawdzić silnik.  Pomyślałem sobie w drodze powrotnej do Lwowa do czego zdolni są zwykli ludzie radzieccy, aby nie być posądzonymi o łamanie prawa. Zadowoleni, uiściwszy należność za podróż, bez przeszkód  wylądowaliśmy w hotelu około godziny piętnastej.                                                                                                         

          Tego samego dnia, który dla kilku osób okazał się dość nieprzyjemny, panie Hoff i Dzikowska udały się rejsowym autobusem do Oleska. Pomimo  nie zapowiedzianej wizyty na zamku Sobieskich przyjął przyjezdne turystki starszy pan Borys Woznyćkyj, dyrektor miejscowego muzeum. Okazał się być człowiekiem  bardzo przyjaźnie nastawionym do Polaków. Oprowadził panie po ekspozycji. Kiedy zapytały jak mogą dostać się do pałacu w Podhorcach, dawnej rezydencji Koniecpolskich, wówczas podszedł z nimi do okna i ręką wyprostowaną wskazał drogę prosto przez las. Miały jakieś pięć kilometrów do przejścia na piechotę. Uparte, podziękowały panu za serdeczne spotkanie i poszły w nieznane. Dotarły w okolice pałacu, ale zobaczyły tylko gołe mury spalonego obiektu. Ogarnął je smutek. Wróciwszy tą samą trasą do Oleska wsiadły do autobusu i bez przeszkód znalazły się w naszej гостиницe. Po kolacji opowiedziały nam detalicznie o swojej olesko – podhoreckiej wyprawie.

Przywołując w pamięci tę moją lwowską wagabundę przed oczami staje mi niezwykle wzruszający moment pożegnania na peronie dworca głównego dwóch seniorów, profesorów Gębarowicza i Paciata – Pawłowskiej. Rzucili się sobie w ramiona i zastygli w milczeniu przeczuwając chyba, że jest to ich ostatnie, realne spotkanie na tym łez padole. On zapewne dziękował jej za to, że jego artykuły o sztuce lwowskiej, przemycane do kraju, były przy jej wydatnej pomocy drukowane w Toruńskim Wydawnictwie Naukowym. Ona zaś była wdzięczna mu za spotkanie na lwowskim bruku i cenny podarek w postaci jakiegoś polskiego obrazu, który oficjalnie wiozła do Torunia. Mimo tego, że ten souvenir miał wszystkie papiery, to jednak na granicy widziałem lekki niepokój na twarzy mojej byłej promotorki, czy aby celnik nie wyrzuci jej z tym obrazem na peron. Strachy na lachy – udało się !!!

dodaj do notanika