Pod koniec zeszłego roku otrzymałam wspomnienie od p. Olgierda Chojnackiego, który miał okazję odwiedzić Lwów w latach 70. Na prośbę p. Olgierda publikuję tekst wraz z fotografiami jego autorstwa (ze względu na jego obszerność, będzie podzielony na 3 części). Zapraszam do lektury. 


 

Stołeczny Oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki za pośrednictwem „Sports – Tourist” (Biuro podróży) zorganizował w dniach 18 – 22 kwietnia 1971 r. wycieczkę do dawnej stolicy habsburskiej Galicji. Należąc wówczas do tego SHS-u stałem się jej uczestnikiem, bo bardzo pragnąłem chociaż  trochę poznać Lwów. Razem ze mną na tę wyprawę pociągiem zapisało się sporo osób, m. in. moja promotorka prof. dr Jadwiga Puciata – Pawłowska z UMK w Toruniu wraz z krewnym Olgierdem Puciata, Pani Barbara Hoff (ówczesna projektantka mody, twórczyni odzieży marki „Hoffand”) i Elżbieta Dzikowska (później żona podróżnika Antoniego Halika). Już po przekroczeniu granicy na stacji Mostiska przekonałem się naocznie jak celnicy radzieccy brutalnie postępują ze swoimi rodakami. Bagaż często wyrzucali przez okno na peron. Wołając скорее zmuszali starsze osoby do szybkiego wyjścia z wagonu na kontrolę celną. Boт сволочь pomyślałem sobie obserwując te scenki rodzajowe.

Ach, jakże miłe i niezwykle serdeczne było powitanie naszej grupy przed budynkiem dworca głównego we Lwowie. Miejscowy rodak, dr Ludwik Grajewski, muzeolog i historyk sztuki, znawca tutejszych zabytków swoim „Witam Was w imieniu swoim i prof. Mieczysława Gębarowicza” wywarł na przybyszach ogromne wrażenie. Obaj byli jednymi z ostatnich „Mohikanów” polskiej nauki i sztuki, którzy pozostali po 1945 r. w swoim ukochanym mieście. Ich godna podziwu postawa przyczyniła się przez prawie czterdzieści lat do tego, aby ocalić resztki polskich śladów, które pragnęła wymazać z pamięci władza radziecko – ukraińska. Kiedy autokar ruszył w kierunku hotelu Pan Grajewski z wielkim przejęciem w głosie oznajmił nam, że we wnętrzu tego pojazdu nie ma podsłuchu i możemy rozmawiać swobodnie. Po drodze opowiadał nam o mijanym kościele św. Elżbiety i o gmachu teatru wielkiego, którego fundatorem był hrabia Stanisław Skarbek. Autokar stanął na pl. Mickiewicza pod okazałym gmachem hotelu dostępnego tylko dla gości zagranicznych. Starą nazwę „George” zmieniono po 1945 r. na „Inturist”.

W pokoju  stały  metalowe, stare  łóżka. Uczuleni  na  podsłuch  szukaliśmy „pluskiew” nawet pod drewnianymi gałkami tych legowisk. Rzuciwszy torbę na wyrko od razu udałem się na spacer, głównie po pobliskiej Starówce.

Olśniło mnie to miasto różnorodnością zabudowy. Idąc po Rynku nie mogłem oderwać oczu od wielu starych kamienic z „Czarną” na czele. Przytłaczała natomiast bryła dziewiętnastowiecznego ratusza stojącego pośrodku placu, zupełnie nie pasując do zabudowy pierzei otaczających ten masywny gmach. Patrząc do góry poczułem się dziwnie mały wobec świątyń – cerkiew wołoska, kościół dominikanów lub katedra łacińska. W zaułku Ormiańskim trafiłem na stosunkowo niedużą, wiekową katedrę Ormian nieco cofniętą od krawędzi chodnika. Patrząc na tę niestety niedostępną świątynię, wydawało mi się jakbym znalazł się nagle w Armenii. Spacerując po magicznym, zabytkowym centrum doceniłem tęsknotę za tym miejscem licznej diaspory lwowskiej przesiedlonej przeważnie na Dolny Śląsk. Podczas kilkudniowej wizyty w mateczniku wielu rozproszonych po świecie lwowian często nuciłem sobie  nostalgiczną melodię „Tylko we Lwowie”. Mimo napotykanego na każdym kroku ubóstwa i szarości rozpierała mnie radość obcowania z grodem Kazimierza Wielkiego.

Następnego dnia poznałem  zabudowę Janowskiego Przedmieścia. Idąc pieszo główną ulicą tej pn. – zach. dzielnicy dotarłem na cmentarz katolicki, gdzie biła mnie po oczach czerwień gwiazd sowieckich osadzonych na czubku  powojennych mogił. Te nowe groby znajdowały się między starymi, często omszałymi już nagrobkami. Po wyjściu na przestrzeń wolną od drzew i krzaków przed oczami rozpościerał się niecodzienny widok resztek kirkutu. Niesamowite wrażenie odniosłem widząc kilkanaście macew żydowskich stojących na piaszczystym terenie. Zabezpieczono je metalowymi kojcami, które wyglądały jak olbrzymie czapy ażurowe połyskujące w słońcu. Stamtąd tramwajem wróciłem do Śródmieścia. Wędrując jego ulicami zwróciły moją uwagę herby i stare napisy na elewacji dawnego arsenału miejskiego, a także wspaniały rokokowy sobór unicki św. Jura. W nim akurat było odprawiane nabożeństwo prawosławne. Nie urzekło mnie specjalnie wnętrze katedry katolickiej. Natomiast mój zachwyt wzbudził wystrój elewacji stojącej obok kaplicy grobowej Boimów. Kilkoro naszych wycieczkowiczów stało wraz ze mną przy tym obiekcie. Szkoda, że ta perła manieryzmu była zamknięta, więc kto chciał zajrzeć do środka miał do dyspozycji tylko dziurkę od klucza. Ciekawscy przytykali twarz do otworu w zamku, co tubylcom najwyraźniej się nie spodobało. Wkrótce pojawił się miejscowy „stójkowy”, który kazał się rozejść. Podejrzewał nas chyba o chęć włamania się do tego zabytku.

3

dodaj do notanika