Zamieszczam tekst Artura Grossmana, przewodnika po Lwowie i Kresach, autora książek turystycznych. Krótko, zwięźle i kompetentnie. 

W sprawie stabilizacji – niestety nie mam dobrych wieści. Trzeba porzucić sztampowe myślenie o Ukrainie i oderwać się od prostej informacji MSZ „Nie podróżuj”, a wczytać się w kontekst, co niestety zabiera czas. Z uwagi na obecną politykę władz Federacji Rosyjskiej będziemy mieli do czynienia z ciągłymi próbami destabilizacji sytuacji na Ukrainie i to nie jest perspektywa dni lub tygodni, tylko miesięcy lub lat – do czasu zmiany władzy w Moskwie, albo, jak to się stało po wydarzeniach 2004 r., do czasu zainstalowania przez Moskwę swoich ludzi w Kijowie. Dlatego obecnie turystyczną Ukrainę należy podzielić na 3 regiony i trzymać się ściśle przyjętego podziału:

1. Obwód doniecki, ługański i Krym – obszar wojny i bezprawia. W pierwszych dwóch obwodach jest praktycznie tylko jeden bardziej znany obiekt turystyczny – Ławra Świętogórska i jest to jak raz obecnie centrum obszaru walk. Niezalecane są nie tylko turystyczne, ale też biznesowe i jakiekolwiek inne wyjazdy w ten region. Przy całej zaś mojej słabości do Krymu – podróżach, książkach, wywiadach itd. – trzeba wyraźnie powiedzieć, że na najbliższy rok trzeba będzie o nim zapomnieć, gdyż obecnie trwa tam ogromne zamieszanie i próżnia prawna. W przyszłych latach, być może, będą możliwe wyjazdy na Krym, ale wyłącznie dla szczególnie zdeterminowanych turystów i na specjalnych zasadach.

2. Obwody: odeski, mikołajowski, chersoński, zaporoski, dniepropietrowski i charkowski – obszar bezpośrednich interesów Kremla. To, nie licząc Kijowa, najbogatsze w różnorakie zasoby obwody Ukrainy, z mniejszym lub większym, ale jednak widocznym procentem osób, będących pod wpływem propagandy rosyjskiej oraz tęsknoty do ZSRR i trudnymi do oceny interesami lokalnych grup wpływu, w tym miejscowych organów służb bezpieczeństwa. Wyjazdy biznesowe jak najbardziej możliwe, niemniej absolutnie nie polecałbym w najbliższym czasie organizowania wycieczek turystycznych do regionów, które na mapie w załączniku są oznaczone kolorem innym niż niebieski. Byłem w majowy weekend w Odessie i w delcie Dunaju, akurat w czasie tragicznych wydarzeń, o których Państwo pewnie słyszeli – rozmawiałem z dziesiątkami ludzi i nikt tam nie chce być w Rosji, a emeryci po prostu chcą dostawać godne emerytury i widzieć perspektywy dla wnuków, wtedy ich ciągoty do ZSRR szybko się skończą. Problem w tym, że w ww. obwodach Kreml ma interesy i w dowolnym momencie może ten mały promil popierającej go ludności wyposażyć w karabiny, i kazać strzelać do tłumu, jak to się stało w piątek. Tam dużo zależy też od przytomności szefa grupy i samej grupy, bo żeby popaść w kłopoty to tak naprawdę trzeba się trochę postarać – w Odessie wszystko rozegrało się raptem na dwóch uliczkach i jednym placu. Spotkani przeze mnie w pociągu z Odessy Polacy okazali się w epicentrum zamieszek (tam był ich hostel) i zostali z niego wyprowadzeni przez zamaskowanego i uzbrojonego w pałkę gościa, który uprzejmie przeprosił za niedogodności, po czym wrócił w kocioł i na ich oczach powybijał szyby w aucie z żółto-niebieskimi wstążeczkami.

3. Reszta obwodów, na załączonej mapie zaznaczone kolorem niebieskim – brak zauważalnych zagrożeń w najbliższej perspektywie (z wyjątkami, o których niżej). Procent osób, popierających politykę Kremla, w granicach błędu statystycznego, tj. tyle co w Polsce. Tereny przeważnie rolnicze, nie licząc Kijowa. Interes Kremla pomijalny lub żaden. Wśród tej grupy obwodów trzeba szczególnie zaznaczyć brak jakichkolwiek ciągot Kremla do zachodniej Ukrainy, tj. zdecydowanie najczęściej odwiedzanych przez polskich turystów obwodów – lwowskiego, tarnopolskiego, chmielnickiego, wołyńskiego i iwano-frankowskiego. Mimo bardzo poważnych i słusznych ostrzeżeń MSZ względem skrajnie wschodnich obwodów („Opuść natychmiast”), na stronie lwowskiego konsulatu panuję wręcz piknikowa atmosfera (http://lwow.msz.gov.pl), a do Lwowa na weekend majowy przyjechało, jak co roku, tysiące turystów.

W sprawie sygnalizowanych wyżej wyjątków: co roku dniem podwyższonego napięcia jest we Lwowie sowiecki Dzień Zwycięstwa (9.05), kiedy komuniści składają kwiaty pod pomnikami żołnierzy radzieckich, rozkładają sowieckie flagi, śpiewają wojenne pieśni itp., a ci z miejscowych, którzy szczególnie nie lubią ZSRR, usiłują im w tym przeszkodzić lub przynajmniej zakrzyczeć. Co roku kończy się krzykami i przepychankami, no i w sumie niczym więcej. W tym roku podobnie wielu, nie tylko we Lwowie, obawia się różnorakich prowokacji, mających na celu zdyskredytowanie ukraińskiego rządu i destabilizację sytuacji przed wyborami. Mimo przygotowań, trudno będzie zapewne uniknąć jakichś scysji, które wyleją się w Polsce w szum medialny. Drugi wyjątek to okolice wyborów prezydenckich (25.05.2014), do których Kreml usiłuje nie dopuścić, ale gdy się już odbędą, będzie robił wszystko, co możliwe, by przebiegały z dużymi problemami. Dlatego na te 3-4 dni przed i 2 dni po, zarówno pierwszej, jak i możliwej drugiej tury wyborów (prawdopodobnie 15.06.2014), ja bym zalecał powstrzymanie się od podróżowania po Ukrainie. Być może to jest dmuchanie na zimne, ale lepiej nie kusić losu.

W trakcie obecnego kryzysu na Ukrainie nie ucierpiał żaden turysta i kraj ten pozostaje, przy zachowaniu zdrowego rozsądku i podstawowych środków bezpieczeństwa, bezpieczną i atrakcyjną destynacją dla ruchu turystycznego. Dodatkowo, dewaluacja waluty spowodowała zwiększoną konkurencyjność cenową Ukrainy, a oczekiwane i już widoczne zmiany strukturalne dają nadzieję na zmniejszenie dotychczasowych dolegliwości ukraińskiego kierunku – przewlekłych procedur na granicy, wymuszania łapówek przez ukraińskie służby drogowe itp.

Przygniatająca większość Ukraińców jest nastawiona do Polaków przyjaźnie i mimo trudnej wspólnej historii, trudno dziś znaleźć bardziej entuzjastycznie nastawiony do Polski naród na świecie. W czasie majowego, jak zawsze tłumnego długiego weekendu we Lwowie rzucała się jednak w oczy niewielka ilość turystów z Polski. W wielu miejscach obsługą ruchu turystyczno-pielgrzymkowego zajmują się miejscowi Polacy, najczęściej skupieni wokół parafii rzymskokatolickich – dziś przeżywają oni nienajlepsze czasy. Trudno temu się dziwić, gdyż media w Polsce nie piszą o sielskiej rzeczywistości zachodniej Ukrainy, skupiając się, jak to media, na sianiu paniki i szukaniu sensacji, a przy okazji wrzucając do jednego worka Lwów (55 km od Polski) i Donieck (1200 km). Tymczasem nieprzypadkowo niebieski kolor na załączonej mapie pokrywa się z granicami wpływów Rzeczypospolitej XVI w. – jest się czym chwalić i o czym rozmawiać. Ukraina czeka na Polaków, nie przegapmy tego momentu.

Artur Grossman, Lwów
http://www.grossman.pl
http://www.facebook.com/artur.grossman

dodaj do notanika