Każdego lata przychodzi taki dzień, że robi się upał nie do zniesienia i człowiek chętnie by się pomoczył w jakiejś wodzie. Niestety, jednym z wielkich minusów mieszkania we Lwowie jest to, że wokół miasta nie ma żadnych jezior ani zalewów.

Jest tu jedynie kilka zalanych wodą wyrobisk po wydobyciu piasku lub innych surowców oraz kilka mulistych leśnych jeziorek. Dostęp nad większość tych akwenów jest płatny, ale chętnych przez to wcale nie mniej.

W zeszłą niedzielę wyruszyliśmy więc razem z dzikimi tłumami lwowiaków nad jezioro Zadorożnie. Funkcjonuje ono także pod szumną nazwą „Bajkał”, może dlatego, że jest największym i najgłębszym zbiornikiem wodnym w okolicach Lwowa. Jego historia sięga 1940 r., kiedy radzieckie władze rozpoczęły budowę cementowni w Mikołajowie. Wydobywano tu wówczas wapień na potrzeby tejże cementowni. Eksploatacja sięgnęła 7 poziomów, każdy o głębokości 6-8 metrów. W latach 70-tych nastąpiła jednak katastrofa – w czasie eksploatacji uszkodzono ściany jednej z zalanych wodą jaskiń krasowych i do wyrobiska zaczęła się przedostawać woda, w związku z czym podjęto decyzję o jego zatopieniu.

Wzdłuż jeziora przebiega linia kolejowa. Jeszcze kilka lat temu brzeg wzdłuż tej linii był zupełnie dziki i niezagospodarowany. Wystarczyło we Lwowie wsiąść w pociąg, po godzinie wyjść na małej stacyjce koło jeziora i szukać kawałka krzaczka. Nigdy nie lubiłam tego jeziora, bo było nad nim brudno i głośno, w dodatku ciężko o kawałek choćby cienia.  Teraz wygląda to jeszcze gorzej – miejscowi „przedsiębiorcy” poogradzali teren dookoła jeziora, biorąc opłaty za wstęp i wjazd.Postawili kilka drewnianych stolików pod zadaszeniem, toalety, przebieralnie.

Właśnie w takie miejsce zaprosili nas znajomi w niedzielę. Pojechaliśmy.

Ze Lwowa trzeba wyjechać w kierunku Stryja, przed Mikołajowem skręcić na Komarno. Droga w bok od trasy jest gorzej niż kiepska. Przed przejazdem kolejowym skręca się w prawo, zresztą nie sposób się zgubić, bo wszyscy jadą w tym samym kierunku. Im bliżej wody, tym większy tłok i przepychanki, parkowanie gdzie się da, masa ludzi łażących we wszystkie strony. Wjazd samochodu na „płatny parking” kosztuje 20 hr, plus po 5 od każdej osoby. Te „parkingi” też są przepełnione. Co ciekawe, są tam też taryfy za wjazd autobusu, co brzmi tak samo absurdalnie jak bilet na pociąg dla słonia. „Plaże” też przepełnione. Mieliśmy to szczęście, że znajomi pojechali z samego rana i zajęli stolik (100 hr) – przynajmniej można było usiąść w cieniu, bo na tzw. plaży go nie uświadczysz.

Chyba nigdy nie zrozumiem fenomenu „wypoczynku” w tym i podobnych miejscach. Wróciłam do domu jeszcze bardziej zmęczona niż przed wyjazdem.

 

dodaj do notanika