Pewnego dnia pani Ludmiła, która wynajdywała dla nas bardziej lub mniej zapuszczone lwowskie nory wystawione na sprzedaż, zaproponowała mi obejrzenie mieszkania, które nie spełniało jednego z naszych podstawowych wymogów – perspektywy zagospodarowania strychu. 

– Co pani szkodzi zobaczyć? A może się spodoba? To taka pańska chata!

Pod pojęciem pańska chata krył się cały zestaw wyobrażeń o elegancji i luksusie, w którym pławili się dawni mieszkańcy Lwowa. Jak się domyślacie, poszłam obejrzeć z czystej ciekawości. 

 

Miłość od pierwszego wejrzenia

Mieszkanie – poza tym, że nie było na ostatnim piętrze – miało masę zalet: położenie niedaleko od centrum, dobre połączenie komunikacyjne, w pobliżu dwa duże parki; duży metraż za stosunkowo niewielką cenę, zachowany oryginalny układ wnętrza i brak remontu, dzięki czemu zachowały się nie tylko oryginalne parkiety i stolarka (w tym boazerie podokienne), piece, ale nawet kafelki w łazience! Dodajmy do tego cztery (tak, cztery) balkony – i miłość od pierwszego wejrzenia gotowa. A, zapomniałam o wieszaku na parasole. Więc jeszcze 100-letni wieszak na parasole. 

Kamienica została wybudowana w latach 1912/13 i reprezentuje schyłkowy okres secesji – nie ma tam typowej dla tego stylu bogatej ornamentyki roślinnej, raczej powściągliwa geometryczna. Ma trzy piętra i tylko cztery mieszkania – po jednym na piętro. 

 

Jura i Halina

Właścicielami całego tego majdanu były dwie osoby, brat i siostra – mieszkanie na papierze było podzielone na dwa mniejsze ze współną kuchnią, korytarzem i t. d. Mimo, że łączyły ich najbliższe więzy krwi, byli ze sobą od wielu lat skłóceni, każde obgadywało drugie za jego plecami i próbowało urwać dla siebie więcej, dzięki czemu sprzedawali to mieszkanie bez skutku już 20 lat! Oboje urodzeni w latach 40. spędzili w mieszkaniu większość swojego życia. Ich matka została dokwaterowana do prawowitego właściciela, którym był polski lekarz. Potem wyszła za mąż za sowieckiego oficera, lotnika. Lekarz wyjechał do Polski, a do mieszkania dokwaterowano drugą rodzinę.

Jura i Halina z mamą – lata 40/50

Jura był starszy od siostry o trzy czy pięć lat. Całe życie przepracował jako lekarz sportowy, ale z powołania był filozofem. Bardzo dużo czytał i jeszcze więcej myślał nad sensem tego świata, którymi to przemyśleniami chętnie się dzielił. Chętnie też naciągał nam kręgosłupy jednym wprawnym chwytem. Generalnie nas polubił, i chyba tylko dlatego kupiliśmy to mieszkanie.

Ostatnie lata w mieszkaniu niemal nie bywał, mieszkał na Zakarpaciu. Jego dwa pokoje były od dawna nie ogrzewane ani nie sprzątane. Praktycznie nie było w nich światła. Były za to przedwojenne meble – to część, w której wychowywali się z siostrą. 

Drugie dwa pokoje to było królestwo Haliny i jej kota. Wykupiła je, mając już własną rodzinę. W ciągu ostatniego roku zmarł jej mąż i zginął tragicznie syn, pozostał jej więc tylko brat, którego uważała za niespełna rozumu wariata. W praktyce żyła sama w 4-pokojowym mieszkaniu, w którym było wciąż zimno i w którym nie stać ją było na żadne remonty. 

Sąsiad

Ważnym elementem tej układanki okazał się jeszcze sąsiad z góry. Mieszkanie powyżej przez długi czas było niezamieszkane i przez przegniły dach i wybite okna do środka lał się deszcz. Kilka lat temu wykupił je z powodów sentymentalnych Artur – jego dziadka, Ormianina, losy wojenne czy powojenne też rzuciły do Lwowa. Artur jako dziecko mieszkał z Haliną i Jurą – w tych drugich pokojach. Sąsiedzi plotkowali, że chce wykupić cały budynek i przerobić na hotel, tym bardziej, że od pewnego czasu płacił wszystkie opłaty komunalne za mieszkanie Jury. 

Przy osobistym spotkaniu okazało się jednak, że nie ma on wcale planów co do tego mieszkania i w ogóle jest równym gościem. Poprosił tylko, żebyśmy nie wyrzucali gratów na śmieci, jeśli jakieś zostaną, zwłaszcza takiego okrągłego stołu, bo to po jego dziadku. 

fot. Anastasia Zotova

Umowa

Do końca nie wierzyłam, że to się uda, zwłaszcza po niedawnych przejściach, które opisywałam w poprzednim odcinku. Że się jednak dogadają, że znajdą coś odpowiedniego na zamianę, że wszystkie dokumenty będą w porządku. A jednak udało się. 

Do notariusza Halina przyszła z wnuczką, na oko 20-letnią, z którą miała umowę, że odstąpi jej część pieniędzy ze sprzedaży w ramach spadku po zmarłym ojcu. Wnuczka przy notariuszu i innych uczestnikach transakcji krzyczała „babka, najpierw pieniadze, potem podpis, albo nic z tego nie będzie!”

Co prawda przy mierzeniu mieszkania okazało się, że metraż jednego pokoju jest… zawyżony o dwa metry, a kuchnia o nietypowym kształcie chyba też była liczona na oko, ale kogo by zniechęcały takie drobiazgi? 

Pierwsze zdjęcie w mojej nowej kuchni. Nieźle, się zapowiada, co?

Następnym razem pokażę Wam mieco więcej wnętrza i układ mieszkania. 

 

dodaj do notanika

6
Dodaj komentarz

4 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Damian Wełnowski

No i udało się dobrnąć do szczęśliwego zakończenia. Gratuluję zakupu i ciekawego cyklu związanego z poszukiwaniem Waszego lokum. Rozumiem, że zakup nastąpił jakiś czas temu, z ciekawości, na etapie remontu spotkaliście się jeszcze z niespodziankami?

To zakończenie to był dopiero początek ;) Dużych niespodzianek raczej nie było, ale były pewne niuanse, jak to w starych domach.

Ewa z Krakowa

Kafelki w łazience przepiękne!

Obywatel MT

Pani Kasiu !!! Z „innej beczki”. Wracając do Pani przewodnika po Cmentarzu Łyczakowskim, czy zna Pani taka pozycję umieszczona na stronie: http://www.kpbc.ukw.edu.pl/dlibra/plain-content?id=76457. Nie dawno strona „wpadła mi w ręce”. Ciekawa rzecz choć tylko cz. I.

Znam, oczywiscie.

Ewa z Krakowa

Czekam na więcej zdjęć z tego mieszkania !