Wpadło mi w oko internetowe ogłoszenie: sprzedam starą austriacką szafę. Jestem nałogową czytelniczką tego typu ogłoszeń, i chociaż zazwyczaj kończy się na lekturze, tym razem szafa nie wychodziła mi z głowy i nie dawała spać, a jej secesyjne zawijasy splotły się szczelnie z moimi myślami. 


Cena nie była niska, ale ciche nawoływania mebla z prośbą o ratunek były coraz wyraźniejsze, wybrałam się więc na oględziny.

 

 

Ofelia w szlafroku

Szafa stała na zagraconym, wąskim wewnętrznym balkonie starej i ciasnej kamieniczki na starym mieście. Sprzedawała ją kobieta w typie nieco rozczochranej Ofelii, która na wstępie przeprosiła za to, że jest w szlafroku, ale pracuje udzielając konsultacji przez Skypa. Pierwsze pomieszczenie w jej mieszkaniu było jednocześnie kuchnią, łazienką i przedpokojem i było równie zagracone co prowadzący do niego wewnętrzny balkon. 

Gdzie mieściła jej się ta szafa i jak ją wnosili i wynosili z tego mieszkania, pozostaje zagadką.

Ofelia na samym wstępie błagalno-lirycznym tonem zaproponowała zniżkę. Po pobieżnych oględzinach zostawiłam zadatek i obiecałam wrócić po szafę za kilka dni. Na odchodne dostałam jeszcze telefon do przewoźnika.

Wóz albo przewóz

Pierwsza rozmowa z przewoźnikiem ujawniła całą grozę sytuacji: szafa jest w strefie pieszej, bez przepustki ani rusz, a szafa jest na pewno ciężka i trzeba będzie ją demontować. A jeszcze szybki ma? Demontować. Przerażona wizją demontażu dopiero co uratowanej przed zagładą szafy wydzwoniłam innego przewoźnika, który nie robił problemów – podjedziemy najdalej, jak można, kawałek się przeniesie. Czy szafa jest ciężka? Podobno we dwóch ją już inni nieśli, więc przyśle dwóch chłopaków. 

Godzina „0”

Umówieni tragarze spóźnili się o pół godziny… bo nie mogli trafić („jesteśmy pod bankiem, dokąd dalej?”). Chyba byli to jakyś dorabiający sobie studenci, w dodatku początkujący, bo nie mieli nawet odzieży roboczej, narzekali potem, że się wymazali. Pierwsze, co zrobili, to złamali pilnie strzeżony przez Ofelię tajny kod na klatkę schodową. Gospodyni szafy przywitała nas w szlafroku i pytaniem – „Czy macie ze sobą śrubokręt? Bo tragarze zazwyczaj mają, żeby otwierać drzwi”. Na szczęście drzwi otworzyły się bez dodatkowych ceregieli.

Szafa, choć wyglądała dość filigranowo (może przez te rzeźbione kwiatuszki), okazała się cholernie ciężka. Manewrowanie nią na wąskiej klatce schodowej też nie należało do najłatwiejszych. Ofelia, która momentalnie podchwyciła imiona tragarzy, dyrygowała procesem z balkonu powyżej, cały czas tonem błagalno-lirycznym: „Maks, niżej!”. Po tym, jak mebel opuścił jej włości upewniła się jeszcze, że drzwi są dobrze zamknęte i „nikt jej nie ukradnie”, wróciła do swoich skypowych klientów. 

Kiedy tylko chłopcy wynieśli szafę na zewnątrz, tak z nią pognali po lwowskim bruku, że ledwo ich dogoniłam.

Podróż za jeden uśmiech

W trakcie procedury wynoszenia szafy zmieniłam plany co do jej losów. Chciałam zabrać ją do domu, ale w sumie trochę szkoda mi się zrobiło chłopaków („a u was jest winda? może windą ją wyślemy?”) i postanowiłam tymczasowo umieścić ją w garażu naszego znajomego Emeryta. Sęk w tym, że w zasadzie jest to znajomy mojego męża, a mąż był akurat zagranicą i wcześniej nie udawało się umówić – tym razem jednak cudem wszystko się dograło. 

Pojechaliśmy. Z przodu busa były tylko dwa miejsca, więc Maks musiał jechać z tyłu z szafą, a potem dosiadł się do niego drugi tragaż, bo po drodze zabraliśmy Emeryta. Tak dotarliśmy do garażu. Garaże to jest jeden z fenomenów minionej epoki – całe labirynty garażowe, które żyją własnym życiem, szeregi metalowych drzwi, które kryją banalne tajemnice ludzkiego życia – bo jeśli sądzicie, że w garażach trzyma się samochody, to jesteście w błędzie, służą one przetrzymywaniu wszelkiej maści rupieci. Emeryt w swoim garażu (z pięterkiem i podpiwniczonym) trzyma na przykład ziemniaki na zimę. No i oczywiście masę naszych mebli, przewiezionych tam grzecznościowo na czas remontu, albo pokupowanych po ogłoszeniach. Nawet mu się tam ostatnio włamali.

 

 

Sezamie, otwórz się

Nauczony przykrym doświadczeniem emeryt zamknął garaż na siedem spustów, odcisk palca, skan tęczówki i hasło, więc nie mógł go otworzyć. Prosił tragarzy, aby mu docisnęli drzwi, ale te ani drgnęły. Dopiero po włączeniu latarki okazało się, że u dołu jest jeszcze jedna kłódka. Po otwarciu ukazał się całkowicie w swojej krasie bałagan meblowo-rupieciowo-ziemniaczany i tragarze popatrzyli z politowaniem na mnie, potem na trzy przedwojenne toaletki i znów na mnie. Szafa wpasowała  się jakoś w to towarzystwo, została zamknięta na siedem spustów, odcisk palca, skan tęczówki, hasło i kłódkę, a my zapakowaliśmy się do busa. Odwieźliśmy emeryta, który na odchodnem dodał, że za „dziękuję” to się nie obejdzie, i że zerwaliśmy go ze snu (była już 20.00), a potem kierowca podwiózł mnie prawie pod dom. 

Na ostatnim przystanku z bagażnika wysunęły się dwie przestraszone głowy z pytaniem: „gdzie jesteśmy?!”, jakby ich co najmniej do lasu wywieźli. W dodatku zażądali za swoją usługę więcej, bo doliczyli „pakowanie szafy” (?) oraz to, że była „bardzo ciężka”, a nieść ją trzeba było „całe 200 metrów” (to chyba przez ten ciężar 50 metrów im tak urosło). Odmówiłam stanowczo i rozstaliśmy się bez „do widzenia”. 

Całkowity koszt operacji: 450 zł szafa + 100 zł transport, czas: 1.10 h. 

Myślę, że to jeszcze nie koniec przygód szafy, coś mi podpowiada, że temat wróci… 

 

PS Później zauważyłam, że Ofelia w innym ogłoszeniu wystawiła swoje zdjęcie w towarzystwie przebierańca za SS-Galicja, więc tym bardziej cieszę się, że uratowałam z jej rąk tę szafę. Nie była jej godna :P

zdjęcia pochodzą z ogłoszenia

 

 

 

 

dodaj do notanika