Dzisiaj jeszcze trochę biegania po restauracjach i zamykania długiego weekendu, i szykowania się do kolejnych wycieczek. Już spokojnie, można odetchnąć. Kupiłam tabletki z mchem islandzkim, na chrypkę, muszę swój głos doprowadzić do porządku na środę.
Widziałam się też z Oksaną, mówiła, że jednak wycieczka niezadowolona z hotelu ostatecznie wyjechała zadowolona

***
Podczas jednej z ostatnich wizyt na Cmentarzu Orląt trafiłam na dyżur p. Zygmunta. Pogoda była kiepska, więc zebrałam wszystkich w kapliczce, i opowiadam. Że pod koniec XIX w. Ukraińcy mieli coraz silniejszą świadomość narodową, i że z pierwszą wojną światową też, tak jak i Polacy, wiązali wielkie nadzieje. Że dogadali się z Austriakami jeszcze w 1916 r. co do autonomii w Galicji. Że w październiku 1918 r. byli przygotowani do przejęcia władzy, w czym Austriacy jeszcze im pomogli, podczas gdy Polacy nawet do końca nie uświadamiali sobie powagi sytuacji. Ale mieli taką wolę walki o swoje miasto, że w rezultacie tę wojnę wygrali, i Lwów został włączony do Polski, co ostatecznie potwierdziła Rada Ambasadorów dopiero w 1923 r. Mówię, mówię, ludzie słuchają, na koniec cegiełki i wpis do księgi pamiątkowej.

I tu podchodzi do mnie pan Zygmunt, i mówi: – Oj, Kasia powinna trochę zmienić swoją wypowiedź. – nie rozumiem, o co mu chodzi. A on ciągnie dalej – Nie powinna Kasia tak źle mówić o Ukraińcach. Nie powinna Kasia mówić, że przegrali. Dobrze? Dyrektor (Cmentarza Łyczakowskiego) usłyszy, i będziemy mieli nieprzyjemności.

Powiedziałam, że ja się dyrektora nie boję, bo nie mówię nic, co nie byłoby prawdą, i co mogłoby kogoś obrazić. Ale jednak następnego razu pan Zygmunt już na wstępie zapytał mnie, czy pamiętam naszą ostatnią rozmowę.

Nie wiem, co o tym myśleć.

dodaj do notanika