Są ludzie, którzy zawsze mówią to, co myślą, a potrafią to zrobić w taki sposób, żeby jeszcze było kulturalnie. Pani Hala należy do takich osób.

O Pani Hali już wspominałam przy poprzedniej notce – „znów o UPA”. Tutaj dodam, że mimo, że świetnie mówi po polsku i oprowadza polskie wycieczki, a także odznacza się dużą sympatią dla Polaków i polskiej kultury, to chyba na tym się jej związki z naszą ojczyzną kończą.

Pani Hala także, a raczej przede wszystkim, prowadzi kursy przewodników po Lwowie i zamkach „złotej podkowy”, na których nie umniejsza roli Polski w historii Lwowa.

Na zakończenie dzisiejszego dnia seminarium były dwie wycieczki – jedna po kościele karmelitów-obecnie studytów (p. Hala) i sąsiednim kościele św. Kazimierza, dawnym reformatów, a teraz także studytów, który po ponad 50-ciu latach zamknięcia został znów otwarty jako swiątynia i jako muzeum sztuki sakralnej zarazem (o. Sebastian).

Studyci to zakon greckokatolicki, który wywodzi swoje korzenie od św. Teodora Studyty, a za główne swoje zadanie uważa opiekę nad ikonami. Zbiór ikon rozpoczął w 1886 r. Anton Petruszewycz, a kontynuowal od 1909 r. Klemens Szeptycki, brat Andrzeja Szeptyckiego. Misja ta stała się szczególnie aktualna w czasach radzieckich i poradzieckich, a najbardziej do serca wziął ją sobie o. Sebastian, przełożony studytów we Lwowie. Ale o tym za chwilę. Najpierw karmelici.

Kościół otworzył nam ojciec, będący chyba zresztą z p. Hala w zażyłej przyjaźni, a potem chodził i słuchał, że tu apoteoza św. Teresy, a tu Archanioł Michał, i tak dalej. No i usłyszał też, że nie ma nic gorszego, jak przekazac jakiś obiekt studytom, bo tak nieumiejętnie i prowizorycznie przystosować dawny kościół ponownie do celów kultowych mogą tylko oni. I że dobrze, że ojciec Sebastian nie zauważył, że epitafium Piotra Branickiego mówi, że spoczywa tu człowiek „zbyt ułomny, a za życia do rozpusty skłonny”, bo by na pewno usunął je z kościoła.

Ojciec słuchał tego wszystkiego ze spokojem, a nawet uśmiechnął się, kiedy wychodząc z kościoła pani Hala zapytała: „nie uraziłam Was, ojcze?” Pewnie nie takie rzeczy już słyszał ;)

Ojciec Sebastian od początku lat 90-tych, a może i wcześniej jeździł na „ekspedycje” po dalszych i bliższych Lwowu wsiach, z których przywoził do Lwowa znalezione tam, odgrzebane na strychach, przeznaczone do spalenia czy skazane na zapomnienie stare ikony. Odkupione, wyproszone, może nie zawsze do końca po chrześcijańsku. Razem ok. 4000 egzemplarzy. Nierzadko mieszkańcy tych wsi potem mu złorzeczyli, a nawet rzucali weń kamieniami.

W cerkwi, którą stał się po ponownym otwarciu kościół św. Kazimierza stoi piękny XVIII-w. ikonostas. Kiedy pytaliśmy ojca, skąd pochodzi, początkowo nie chciał powiedzieć. Opowiedział za to historię, po której w ogóle przestał mówić, skąd pochodzą poszczególne ikony ze zbioru studytów.

Podczas jednej z ekspedycji ojciec był w jakiejś wsi, obejrzał cerkiew i wszedł do dzwonnicy. Używana była mniedzy innymi jako składzik, rozejrzał się w poszukiwaniu starych ikon, ale nic nie znalazł. Tkniety jednak dziwnym przeczuciem zaczął się przyglądać półeczce, na której stały jakieś rupiecie. Na spodniej części półeczki widniała twarz Matki Boskiej. Zdemontował więc półeczkę i wyszedł, zabierając ze sobą także drewniany świecznik. Napotkał jednak na zdecydowany opór kobiety, która kręciła się przy cerkwi, kazała mu kategorycznie odłożyć swiecznik na miejsce „bo to jej męża robota”, a starą deskę, jak się już uparł, to niech sobie zabiera. „Stara deska” okazała się bardzo zniszczoną XVI-w. ikoną. Ta ikona, jako najcenniejsza w zbiorze studytów została podarowana papieżowi z okazji jego pielgrzymki na Ukrainę. Napisano o tym w prasie. Zaraz po tym do ojca Sebastiana zadzwonił ksiądz z wsi, z której pochodziła ikona. „Niech ojciec przyjeżdża, bo mnie zabiją”. Parafianie uspokoili się dopiero, kiedy ojciec podarował im kopię zrekonstruowanej ikony.

Ikonostas zaś, pochodzący z roku 1759, ojciec kupił „kiedy jeszcze był milionerem”,
tzn. kiedy na Ukrainie obowiązującą walutą były kupony, a inflacja galopowała. Potem do tej samej wsi zawitał Borys Woźnicki, dyrektor Lwowskiej Galerii Obrazów, który też uratował przed zgubą mnóstwo zabytków. Widząc rozebraną starą cerkiew zainteresował się, co się stało z ikonostasem? „Przyjechał jakiś Żyd z Kijowa i kupił” – odpowiedzeli parafianie.

Innego razu ojciec trafił do jednej z wsi razem z ojcem Bonawenturą, którego wysłał na zwiady. O. Bonawentura wraca, „a morda mu się śmieje, od razu widać, że coś ciekawego zobaczył”. – I co, Bonik? – pyta ojciec Sebastian. – Mnóstwo ikon, XVI, XVII w. – Spokojnie Bonik, emocje do kieszeni. Poszli się modlić. Cerkiew była prawosławna, ale modlili się bardzo żarliwie. Aż kościelny zaczął chodzić koło nich, co tak długo. W końcu zbierają się do odjazdu. – A co to tam, za rupiecie takie trzymacie na podwórzu? – A, to stare, porządki robiliśmy w cerkwi, do spalenia. – Do spalenia…? A może bym mojej siostrze zabrał na wieś, będzia opał miała (stara historia o. Sebastiana)… albo nie, co będę śmiecie woził. O. Bonawentura: weź, tam malunki są, ja się uczę w Akademii, będę przemalowywał. – A co tam przemalowywać, bohomazy jakieś. W końcu i kościelny zaczął ich namawiać, żeby zabrali, a jego pozbawili kłopotu. Nawet popa przekonał, żeby namówił ojca do zabrania tych „rupieci”. W końcu ojciec dał się namówić. Przyjeżdżał 3 razy, zabrał ponad 50 ikon XVI- i XVII-w.

Nie zawsze jednak tak chętnie dają. W innej wsi ojciec znalazł na strychu dawnej kirchy niezły składzik rzeźb, wśród których były najlepsze przykłady rzeźby barokowej. Miejscowy ksiądz nic nie chciał oddać, wreszcie po długich targach oddał „najbrzydszą, krzywą i najbardziej pokręconą” figurkę Matki Boskiej, która byłą dziełem Johana Pinsla, najwybitniejszego przedstawiciela lwowskiej szkoły rzeźby barokowej. Ta figurka stoi w kościele św. Kazimierza. A kircha spłonęła razem z całą zawartością strychu.

Niedawno ojciec starał się o jakiś grant w Polsce. Kiedy składał dokumenty, trzeba było podać wiek. – 48 lat. – Oj, to ojciec się w kategorii wiekowej nie mieści, odrzucą podanie – zmartwiła się panienka przyjmująca dokumenty. Ojciec dopisał w uwagach: „Choć mam 48 lat, czuje się sporo młodszy. 20 lat życia ukradła mi władza radziecka”. Grant otrzymał.

dodaj do notanika