Od tygodni żyjemy w napięciu, co przyniesie kolejny dzień. Kiedy stał majdan, toczyły się walki, były wielkie emocje, wielki strach, ale i wielkie nadzieje, chęć działania, i wiara, że to działanie przyniesie wymierne efekty. Nasz bliski kolega pojechał do Kijowa 18-go lutego wieczorem, od razu po tym, jak zaczęły się krwawe zajścia. Chłopcy bardzo się o niego bali, młodszy synek wciąż pytał, czy Iwana nie zabiją. Wrócił. Żywy, zdrowy. Kolega przyjaciółki wrócił bez prawej ręki, ale szczęśliwy ze zwycięstwa.

Radość była jednak przedwczesna. Wszyscy we Lwowie planowali nowe życie w nowym kraju, jakim miała stać się Ukraina, kiedy sprowadzono nas brutalnie na ziemię. Na początku marca byłam kilka dni w Charkowie. Właśnie tam dotarła do nas wiadomość, że Rosjanie zajęli Krym. Że stoją przy granicy ze wschodnimi obwodami Ukrainy, że nie wiadomo, co będzie jutro. Z Charkowa do granicy rosyjskiej jest niecałe 40 km. Do dziewczyn z naszej grupy dzwonili rodzice, mężowie, żeby wracać jak najszybciej. Ja byłam przeciwna zmianie planów. Mój mąż powiedział tylko „jak będą jechały ruskie tanki, nie rób zdjęć”. Zostałyśmy w Charkowie do końca zgodnie z planem. Nic się nie wydarzyło. Ruskie tanki nie ruszyły z miejsca.

We Lwowie także nie dzieje się nic. Na ulicach jest bezpiecznie. Działają kina, kawiarnie, teatry. Wcześniej niż rok temu przyszła wiosna. Tylko nie możemy się tą wiosną cieszyć, bo dookoła cały czas toczy się wojna. Nie na ulicach. Gdyby toczyła się na ulicach, można byłoby wyjść i walczyć, można byłoby zginąć, ale z poczuciem, że dla sprawy. Na tej wojnie nie można zginąć.  Nie można nić zrobić, ponieważ nie jesteśmy nawet pionkami w czyjejś grze. Decydują o nas poza nami, śmiejąc się nam w twarz.

Kiedy wchodzę na facebooka, w strumieniu informacji widzę 250 nowości, analiz, wywiadów i filmików na temat sytuacji na Krymie i dwie informacje na inny temat. Ktoś ze znajomych podaje przepis na ciasto, ktoś sfotografował ptaszka na balkonie. Nierealne, jak wiadomości z Księżyca. Ptaszki? Ciasto? We Lwowie, z kim nie zaczniesz rozmowy, wraca jak bumerang tylko jeden temat: co z nami teraz będzie. Co będzie z naszym krajem. Ludzie siedzą godzinami przed ekranami komputera i śledzą najnowsze wiadomości. Niektórzy nie wychodzą z domu, żeby nie stracić dopływu informacji. Tak było w dniu krymskiego referendum, kiedy nasza dobra znajoma zrezygnowała z wycieczki za miasto, po to aby mieć na bieżąco wyniki, choć te wyniki i tak były z góry znane i pokrywały się z wynikami wszystkich innych referendów przeprowadzanych przez Rosję ZSRR.

Potem zrobiłam sobie przerwę od wojny i wyjechałam do Warszawy. Odkryłam, że istnieje jednak inne życie. Ludzie chodzą do pracy, na zakupy, na spacery i nie rozmawiają wciąż o Putinie. Tato narzekał, że zbyt mała była frekwencja na referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. A ja pomyślałam, ciesz się, że możesz pójść na referendum, którego wynik nie jest z góry przesądzony.

dodaj do notanika