Dzis jedyny dzien wolny od pracy, jedyna możliwość, żeby wybrać się do Podhorców (Podhorzec, jak mowiono przed wojną). Służbowo.
Za tydzień będzie grupa, której trzeba pokazać nie tylko zamek i kościół, ale i cmentarz.

Więc wsiadamy w samochód i jedziemy. Trasa kijowska rozkopana do niemożliwości, jedzie się po woli, fragmentami ruch wahadłowy – aż do Buska. W Busku objazd przez Krasne, który nam się udało ominąć przejeżdżając przez zamknięte dla ruchu ciężarowego centrum, a przy wyjeździe na trasę niespodzianka – drogowskazy na Lwów i na Kijów w tę samą stronę. Myślałam, że pomyłka, ale nie. Objazd.

Za skrętem na Zadwórze robi się normalnie.

Na mapie w Podhorcach zaznaczone trzy cmentarze. Jedziemy na pierwszy – przy trasie za wsią, przed klasztorem Bazylianów. Raczej nowe nagrobki, powojenne. Jakaś pani z sierpem objaśnia nam, że polska część cmentarza to kawałek z trawą po pas – rzeczywiście, z gęstwiny wystaje kilka krzyży i figurek.

Zajeżdżamy do klasztoru i wracamy na poszukiwania drugiego cmentarza. Zaraz koło zamku, w dole.
Początkowo wjeżdżamy nie w tą drogę, w ktorą trzeba, wiodącą koło zamku po prawej. Wertepy takie, że ledwo wyjeżdżamy na trase. Po drodze dziadek z gospodarstwa przed ktorym zaparkowany był jeep na hiszpanskich numerach objaśnia nam, jak trafic – drogą koło zamku, minąć zamek, za pocztą w prawo i do starej lipy.

Wszystko fajnie, tylko jak my poznamy starą lipę? A bo to jedna lipa w Podhorcach?
Okazuje się, że nie da się jednak nie poznać. Jak czarnoleska. Ile lat może mieć…? 300? 400? Pień metrowej szerokości, pokręcony i powyginany. A u dołu pnia domontowana ławeczka (siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie…).

50 m. dalej, w dole – cmentarz. Przepiękny. Na pagórku, też zarośnięty, tylko z trawy wystają gdzieniegdzie stare, kamienne krzyże. Na jednych nogi Chrystusa przybite dwoma gwoździami, na innych – jednym. Napisy w większości zatarte. Jeszcze do niedawna stała tu drewniana XVIII-w. cerkiew – teraz tylko zgliszcza. Spłonęła w zeszłym roku.

Czas goni, na 17.30 muszę być we Lwowie, trzeba wracać.
Tym razem przez Zadwórze, wyjeżdżamy na trasę tarnopolską. Niebo przed nami robi się ołowiane. Proponuję zatrzymać się i coś zjeść, zanim zacznie padać. W pierwszym barze nie ma nic na szybko, jedziemy do drugiego, tuż koło skrętu na Zadwórze (podły bar „Płaj”, w którym za trzy male kiełbaski z chlebem zapłąciłąm 20 hr) – ale jest już za późno. na przestrzeni 2 m od samochodu do drzwi baru można zmoknąć, nawet mając parasol. Tak leje.
Jemy i jedziemy dalej. A burza za nami. Na chwile wychodzi słońce i jest pięknie. Szkoda, że nie mam aparatu. Podwozimy do Nowosiółek jakiegoś mokrego miejscowego.
Ostatni odcinek przed trasą zarzucony gałęziami rosnących przy dodze topoli.
Na trasie tarnopolskiej widać, że burza nas wyprzedziła i znów jest z przodu. We Lwowie niechybnie pada. Ołowiane chmury wiszą nisko, prawie nad samymi dachami chałup.
Spadają pierwsze duże krople, a potem już ulewa, jak płacz zdradzonej dziewczyny – widoczność jest na 5 metrów, samochody zjeżdżają na pobocze, bo nie da się jechać.
W końcu docieramy do Lwowa, ale jest już póno, na pewno nie zdążę na autobus do Brzuchowic.
Na szczęście udaje się umówić, że wsiądę po drodze.
A o Brzuchowicach innym razem.

dodaj do notanika