Po wizycie w Uniowie wracamy na trasę tarnopolską. Naszym kolejnym celem jest Podkamień. Po drodze wspaniałe widoki. Dojeżdżamy do Złoczowa – bez zwiedzania – uwaga, nie zgubić się! Drogowskazy w Złoczowie są w zaniku. Z trasy zjeżdża się w kierunku Brody, a potem przez miasto główną drogą, i w kluczowym momencie jest rozjazd – zaraz za pomnikiem Szaszkiewicza – w prawo do zamku, a „lewiej” na Brody.
Potem po drodze mija się takie wielkie anteny, (podobno w Złoczowie widywano UFO, a w nocy czasem światło w mieszkaniu samo się zapala – opowiadał nam kolega) – to znak, że zbliżamy się do Sasowa.

Sasów

 

Niegdyś miasteczko, założony w XVII w. przez Jana Daniłowicza, który nadał mu nazwę na cześć swojego herbu (Sas). Dawna nazwa to podobno Komarno (?), i po drugie podobno, nie bez kozery.
Daniłowicz miał tu nawet zamek (zachowały się ślady wałów). Poźniej, jak i inne dobra Daniłowicza Sasów odziedziczył Jan II sbieski (był jego wnukiem i po nim miał imię). Do II wojny światowej podobno istniaął studnia, z której pił wodę Jan III, zwana stąd królewską. W kościele zaś przechowywano puszkę ufundowaną przez Sobieskiego i zdobioną jego herbem. W II poł. XIX w. działał tu zakład wodoleczniczy (przez Sasów przepływa Bug). W tym też czasie działała tu jedna z największych w Europie papiernia, która produkwała bibułki do papierosów (zniszczona w czasie I wojny, zachowały się ruiny przy wjeżdzie do północy).
W Sasowie można zobaczyć ciekawy choć nieładny, moim zdaniem neoromański kościółek św. Jana Chrzciciela, w którym dawniej znajdował się cudowny obraz Matki Boskiej (obecnie w Zuchlowie na Dolnym Śląsku). Kościół jest w remoncie, wewnątrz zachował się barokowy ołatrz główny, neobarokowe boczne, ambona i polichromie z lat 20-stych XX w – ale wnętrza nie widzieliśmy.
Można także obejrzeć drewnianą cerkiew z XVII w., która jest za skrętem na Kołtów, czyli akurat tam, gdzie nam trzeba. Cerkiew też się nie prezentuje najlepiej (bez patyny) za sprawą ostatnich remontów. Jej patronem jest św. Mikołaj, sama cerkiew była przebudowywana w I poł. XVII w. Wewnątrz znajduje się cenny ikonostas z 1681 r., którego nie widzieliśmy, pędzla Iwana Rutkowycza z Żółkwi.

 

Dalej coraz gorszą drogą dojeżdżamy do Kołtowa. Wasyl daje mi poprowadzić. Po drodze mijamy piękny dąb, pomnik przyrody.

Kołtów

 

Niepozorna wioska, na która może nie zwrócilibyśmy uwagi, gdyby nie malownicze ruiny wyglądające na szczątki kościoła. Okazuje się, że Kołtów był własnością nie tylko Sienieńskich, Sobieskich czy Starzeńskich, ale także Baworowskich – od I poł. XIX w. Tutaj urodził się, jako syn Felicji Starzeńskiej i Józefa Baworowskiego, Wiktor Baworowski, hrabia, bibliofil, tłumacz i poeta, twórca biblioteki Baworowskich we Lwowie. Ten sam, co to „gdyby jaśnie pan nie był takim jaśniepanem, to by pan na pewno był Żydem” – miał talent to robienia pieniędzy ze wszystkiego, czego się dotknął. Zagrożony utratą wzroku, zmarł śmiercią samobójczą, tak piszą w przewodniku.
W Kołtowie znajdował się dwór Baworowskich otoczony parkiem krajobrazowym, w którym był staw powstały przez spiętrzenie Bugu.

 

Baworwscy ufundowali we wsi kaplicę rzymskokatolicką (może to ta ruina?) i cerkiew w stylu neoklasycznym (jest , dalej przy trasie). W cerkwi chowani byli fundatzorzy.

Z Kołtowa chcieliśmy do Podkamienia dotzreć przez Werchobuż, gdzie znajdują się źródła Bugu, a zaraz obok (jak słyszałam) miejscowe kobiety piorą bieliznę), ale jakoś z braku dobrej mapy i niechęci Wasyla do pilotowania pojechaliśmy przez inne wsie, a może po prostu nie zauważyliśmy?

 

Dalej przez Łukawiec i Batków (w obu ciekawe drewniane cerkwie, których nie widzieliśmy, bo o nich nie wiedzieliśmy), skręcając w Batkowie przy cerkwi w lewo, dotarliśmy do Zwiżenia. Tu zabłądziliśmy, i nie obyło się bez pomocy miejscowych, więc dzięki nim, a także dzięki własnemu rozumowi wyjechaliśmy na trasę. Ale lepiej byłoby jechać przez Pieniaki, miejscowość z którą były wziązane takie osobistości jak Ignacy Miączyńśki, Włodzimierz Dzieduszycki, bp. Jan Cieński. Następnym razem.

 

Potem się zdenerwowałam przez jednego klienta, który zamówił bilety do opery, ale „niedoczytał”, że trzeba było zapłacić. Ja to zawsze jestem jednak grzeczna w takich sytuacjach, ale zdenerwowałam się, zwłaszzca jak pomyślałam ile miał Olek kłopotów przez tego faceta (bo mimo wszystko znalazł mu jakieś miejsca), i Wasyl chciał mnie wysadzić z samochodu, jeśli się nie uspokoję (do dziś mnie drazni, przypominając mi tamtą sytuację). A odechciało mi się wszystkiego, z Podkamieniem włącznie. Aż do momentu, kiedy wyjechaliśmy na równinę, z której było już widać klasztor.

Podkamień

 

Podkamień robi wrażenie. Najpierw z daleka, bo góruje nad całą miejscowością i widać go z odległości wielu kilometrów, potem z bliska, monstrualnością, potęgą murów, wałów.

Według podań misja dominikańska na górze, zwanej Różańcową (430 m. n.p.m., jedna z najwyższych w paśmie Woroniaków) istniała już w 1240 r. Nie długo co prawda, bo wkrótce mnisi zostali zamordowani podczas najazdu tatarskiego, a ich klasztor zniszczony.
Kolejny klasztor ufundował w poł. XV w. Piotr Cebrowski, właściciel okolicznych dóbr. Ten też ucierpiał podczas najazdu tatarskiego na początku XVI w., a zakonnicy zmuszeni byli ratować się ucieczką.
Następna próba osadzenia dominikanów w Podkamieniu miała miejsce w XVII w. – sprowadził ich właściciel wówczas już miasteczka – Baltazar Cetner. Zakonników było początkowo trzech, służyła im niewielka drewniana kaplica, w której prawdopodobnie znajdował się przywieziony przez nich obraz Matki Boskiej Różańcowej.
Wkrótce rozpoczęła się budowa murowanego kościoła i klasztoru, ale szła z trudem, to z powodu problemów budowlanych, to kolejnych najazdów tatarskich czy kozackich.

 

Jednak kiedy w końcu wzniesiono wały ziemne, to wytrzymały one oblężenia tureckie w 1672 i 1688 r. Kościół poświęcono w 1695 r. W 1702-04 r. klasztor otoczono murem obronym. W 1734 r. oparł się wojskom rosyjskim. Po I rozbiorze Polski Austriacy skonfiskowali uzbrojenie artyleryjskie klasztoru.

Zabudowania ucierpiały bardzo w czasie I wojny światowej, kiedy Podkamień znalazł sie na linii frontu. W wyniku ostrzału artyleryjskiego zawaliła się część kościelnej wieży, spłonęła biblioteka i galeria.
W 1920 r. klasztor zdobyli bolszewicy, którzy nie tylko dokonali rabunków, ale także zbeszcześcili ciałą spoczywających w krypcie zakonników.
Klasztor został odrestaurowany po wojnie.
W czasie kolejnej wojny światowej grube mury dawały, jak niegdyś, schronienie mieszkańcom okolicznych wiosek – tym razem przed oddziałami niemieckimi i UPA. Mimo to klasztor został zdobyty przez SS Galizien,, a uciekinierzy wymordowani – ok. 600 osób.
Po wojnie w klasztorze znajdowało się więzienie polityczne, a potem szpital psychiatryczny. W kościele były stajnie i garaż.

Od 1997 r. zespołem opiekują się studyci, jednak brak kosztów na jego odnowę. Działa tylko niewielka kaplica na dziedzińcu, kościół zaś jest w stanie uniemożliwiającym jego zwiedzanie. W części zabudowań klasztornych nadal mieści się szpital.

cudowny obraz

Podkamień słynął z cudownego obrazu Matki Boskiej Różańcowej – kopii obrazu Matki Boskiej Śnieżnej z kościoła Santa Maggiore w Rzymie (jedna z wersji mówi, że obraz został zakupiony przez Aleksandra Paczyńskiego w podzięce za uzdrowienie córki). Przed tym obrazem, który szybko zasłynął jako cudowny, modlili się m. in. Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan III Sobieski.
W 1727 r. obraz był koronowany koronami papieskimi, jako piąty w Polsce (po Częstochowie, Trokach, Kodniu i Sokalu). Uroczystości trwały 9 dni, zjechało ponad 1000 tys. wiernych. Sam papież, jak się domyślam, nie przyjechał jednak. Ciekawe, jaka była procedura przyznawania takiej korony?
Podkamień zwany był Podolską Częstochową.

Diabelski Kamień

Nazwa Podkamień pochodzi od samotnej skały wysokości 17 m na sąsiednim wzgórzu. Jest to ostaniec erozyjny, fragment rafy koralowej z morza Sarmackiego (reszta tej rafy to wzgórza Miodoborów).
Z kamieniem związane są liczne legendy, sugerujące jego „diabelskie” pochodzenie, przypuszcza się, że mogło to być miejsce kultu pogańskiego i punkt obserwacyjny. U stóp kamienia zachowało się kilka nagrobków z XVII-w kozackiego cmentarza.

 

W Podkamieniu dogonił nas deszcz, któremu uciekaliśmy cały dzień. Wróciliśmy przez Brody (bez zatrzymywania) i trasą kijowską do Lwowa.

 

Korzystamy z przewodnika „Ziemia Lwowska”

Grzegorza Rąkowskiego,

wyd. Rewasz.

Polecam.

dodaj do notanika