W minioną sobotę byłam świadkiem pewnego wydarzenia. Czekałam na swoją grupę w operze, kiedy do administracji teatru podeszła polska nauczycielka, mówiąc, że jest na wycieczce z młodzieżą, jedna z dziewczynek źle się czuje – od kilku godzin boli ją mocno brzuch i ból się nasila. Prosiła o wezwanie karetki. Obawiała się trochę, czy udzielą pomocy, bo polisę ubezpieczeniową zostawiła w autokarze, ale uspokoiłam ją, że pomocy na pewno udzielą, a pytania o polisę będą potem.

Po 15 minutach przyjechała karetka. lekarka obejrzała dziewczynę, zadała jej kilka pytań, ale nie mogła nic stwierdzić, tym bardziej, że w teatrze nie było nawet gdzie położyć pacjentki. Zadecydowano zabrać ją na ostry dyżur do pobliskiego szpitala, aby przynajmniej wykluczyć jakiś ostry stan zapalny, na przykład wyrostek.

W tej chwili przybiegła inna nauczycielka, przedstawiła się jako kierownik wycieczki i bardzo wzburzonym tonem oświadczyła – „Nie dam tknąć dziecka”. Nie zgodziła się na badania, na ostry dyżur, ani nawet na przejście do zaparkowanej niedaleko karetki, gdzie dziewczynę można było położyć. „Proszę pani, ja tu mam pod opieką 50-cioro dzieci, poza tym za dwie godziny będę w Polsce. Wytrzymasz, Martusia? Przecież nie pierwszy raz cię coś boli”. Podpisała odmowę od udzielenia pomocy medycznej. Do pytania o polisę nawet nie doszło. „Dajcie jej choć no-spę” – powiedziała lekarka, ale nauczycielka zabrała dziewczynę na spektakl.

Podejrzewam, że Martusia musiała wytrzymać nie tylko kolejne 2,5 godziny spektaklu, ale i kolejne 2 w drodze do granicy, i, przy dobrych wiatrach, jeszcze dwie na granicy. Mam nadzieję, że jej ból nie miał poważnej przyczyny, ale nawet w takim wypadku – broń mnie Panie Boże, żeby kiedyś moje dziecko jechało na wycieczkę z taką nauczycielką.