Może ktoś poczuł się zdziwiony, po co opisywać pogrzeb. Dla mnie było to jednak nowe doświadczenie.

W sobotę zmarł dziadek mojego męża. Dla mnie też był jak dziadek. Całe życie mieszkał 30 km od Lwowa, we wsi Pieczychwosty. Odwiedzaliśmy go zawsze w święta i czasem bez okazji. Zawsze wołał mnie do siebie i opowiadał jakieś historie, albo przypominał przedwojenne piosenki i wierszyki po polsku. Lubił opowiadać i miał poczucie humoru. Przez ostatni rok ciężko chorował, ostatnio bardzo cierpiał, lekarze nie chcieli już do niego przyjeżdżać, wiedząc, że i tak nie ma dla niego ratunku. Zabrakło mu dwóch miesięcy do 94 lat.

W niedzielę wieczorem został odprawiony parastas. Prawidłowo nazywa się to panachida, ale mówili parastas. Ciało zmarłego, umyte i ubrane, leżało w otwartej trumnie w jednym z pokoi w domu. Okno tego pokoju było szczelnie zasłonięte z wewnątrz i wewnątrz. Ciało było nakryte białym płótnem, a obok trumny paliły się elektryczne lampki w kształcie świec. Obok były już poustawiane kwiaty i wieńce. Kwiaty były żywe, wieńce – wyłącznie sztuczne. Sztuczne wieńce i kwiaty robią furorę na ukraińskich cmentarzach, choć trudno wytłumaczyć, dlaczego. Są produkowane w bardzo jaskrawych i nienaturalnych kolorach. Moi teściowie do wieńca przywiązywali ogromną wagę. Miał być „duży i ładny”, na nic nie pomogły tłumaczenia, że one ładne nie bywają. Na propozycję męża kupienia wieńca z naturalnych kwiatów teść się oburzył: „chcesz mi wstyd zrobić przed całą wsią”.

Prawosławny ksiądz intonował modlitwę, pomagał mu chór złożony z kilku starszych kobiet.  Była obecna rodzina oraz sąsiedzi, całkiem sporo, bo nie tylko nie mieścili się w pokoju z nieboszczykiem, ale też w korytarzu i w sieni, część stała na dworze, przed domem. Modlitwa trwała ok. 50 minut, co podobno było wyjątkowo długo, bo jak komentowali ci, którzy przyjechali z sąsiednich wsi „u nas pół godziny odprawiają”.

Pogrzeb wyznaczono na poniedziałek rano (z powodu upalnej pogody). Pojechaliśmy do Lwowa, a teść został (zmarły to jego tato). Pomagał z innymi mężczyznami grabarzowi kopać grób, gdyż okazało się to wcale nie prostym zadaniem. Dziadek wielokrotnie podkreślał, że ma być pochowany na równej głębokości ze zmarłą 10 lat temu babcią. Kiedy jednak grabarz wziął się za kopanie grobu… nie mógł znaleźć babci. Wykopał już prawie 2 m, i nic. Potem dopiero okazało się, że krzywo postawiono nagrobek, i babcia leży nieco z boku, nie pod nim. W końcu znaleźli jej trumnę. Późnym wieczorem opijali to jeszcze w domu, aż ciocia musiała ich uciszać.

W poniedziałek rano, po krótkiej modlitwie w domu trumnę ze zmarłym wyniesiono na podwórze, gdzie kontynuowano modły i śpiewy. Dziadkowi do stroju przybył kapelusz ułożony obok ciała. domu wyniesiono kapę i rozłożono na trawie przed księdzem. Cała rodzina zmarłego uklękła tam, zorientowałam się, że chyba też powinnam. Wysłuchaliśmy fragmentu Ewangelii św. Jana:

Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: «Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. 

Ten fragment był później jeszcze trzy razy czytany w tym miejscu, i coraz nowe osoby podchodziły i klękały na dywaniku. Ksiądz wygłosił dość przaśną mowę, w której trzy razy podkreślił, że zmarły był bardzo pobożny, a rodzina wzorowo się nim opiekowała w czasie choroby. Wyczytał z kartki z imienia i nazwiska kto się żegna ze zmarłym, określając stopień pokrewieństwa. Przy bracie mojego męża poinformował, że ten nie może być na pogrzebie, gdyż spełnia swój obywatelski i patriotyczny obowiązek walcząc w armii ukraińskiej przeciwko terrorystom, i że dziadek byłby z niego dumny, bo był wielkim patriotą. Babcia od strony mamy, która jest z sąsiedniej wsi, była pod wielkim wrażeniem tej mowy. „Tak ładny ksiądz, i tak pięknie mówi”.

Potem wszyscy po kolei podchodzili i całowali dziadka i krzyż, który leżał na ciele. Był to duży metalowy krzyż, taki do postawienia na stole, i całując go zauważyłam ze zdziwieniem, że jest to krzyż katolicki. Od prawosławnego różni się tym, że Chrystus ma przybite dwie nogi jednym gwoździem. To jednak nie był koniec zdziwień tego dnia.

Nieboszczyka tymczasowo nakryto wiekiem trumny i zapakowano do karawanu (marki mercedes) zakładu pogrzebowego „Tęsknota”. Przy bramie znów było klękanie i Ewangelia św. Jana (ten sam fragment), i jeszcze chyba z pięć razy po drodze do cerkwi. Na każdym przystanku podchodziła inna „zmiana” do klękania. Spytałam potem cioci, skąd wiedzieli, kto kiedy podchodzi. Okazało się, że jest to już system wypracowany od lat – każdy wie, gdzie są „jego” przystanki – że rodzina koło bramy, koło cerkwi katolickiej, na skrzyżowaniu, gdzieś tam. Na czele orszaku żałobników szedł mężczyzna z krzyżem opasanym białym ręcznikiem (płótnem). Za mim duchowny i chór, potem karawan ze zmarłym i rodzina z żałobnikami. W cerkwi biły dzwony.

Po wniesieniu trumny do cerkwi ułożono zmarłego przodem (nogami) w kierunku ikonostasu. Trumna znów została otwarta. Ksiądz odprawił pełną mszę wg liturgii Jana Złotoustego (o czym poinformował na końcu), która trwała dwie godziny. Na pierwszej części nie byłam, reszta wyglądała podobnie do mszy katolickiej – liturgia słowa (bez kazania), liturgia eucharystyczna (bez komunii). Na zakończenie była jeszcze modlitwa za zmarłego z pokropieniem wodą święconą, ostatnie całowanie i trumnę zamknięto.

Stałam w lewej nawie, koło figurki… Matki Boskiej Fatimskiej. Chyba nie muszę dodawać, że objawienia fatimskie przeczą dogmatom prawosławnym, a figurka była dodatkowo wyposażona w różaniec, na którym nie modlą się prawosławni. Można by to uznać za jakiś dziwny przejaw ekumenizmu, gdyby nie to, że mówiąc delikatnie, na ukraińskiej wsi prawosławni z katolikami żyją jak pies z kotem. W Pieczychwostach w latach 90-tych był wielki spór o to, kto przejmie cerkiew – przed wojną greckokatolicką, po wojnie prawosławną.  W końcu grekokatolicy odzyskali cerkiew, a prawosławni zaadaptowali do swoich potrzeb zrujnowany budynek dawnego kościoła. W innych wsiach było podobnie, a naczelnym tematem podczas spotkań rodzinnych było, jak beznadziejni są katolicy (lub na odwrót). A tu taka niespodzianka. Trzeba jednak przyznać, że jedną z niewielu osób, które nie miały z tym problemu, był właśnie nasz zmarły dziadek. Został ochrzczony jako grekokatolik (przed wojną prawosławia na tych terenach nie było), po wojnie, kiedy zlikwidowano kościół greckokatolicki, przeszedł na prawosławie, jako diak służył wiele lat przy cerkwi. Nigdy jednak nie uważał, że któreś z tych wyznań jest gorsze i należy je potępiać. Niestety tych poglądów nie podzielał jego syn, a mój teść.

Po wyprowadzeniu ciała z cerkwi procesja podążyła na cmentarz.  Znów zatrzymując się po drodze i słuchając fragmentów z Ewangelii w ustalonym porządku, z tym że różnych, nie wciąż tego samego. Ksiądz pokropił jeszcze raz trumnę, po czym złożono ją do grobu. Kilka osób rzuciło po garści ziemi. Zgromadzonych razem z księdzem zaproszono na stypę. Wychodząc z cmentarza żałobnicy komentowali sztukę cmentarną – czy lepiej skromniej, czy na bogato, czy dobrze mieć zawczasu przygotowany nagrobek i napis na nim.  Przy okazji dowiedziałam się, że popularne piaskowane w kamieniu portrety nagrobkowe są robione na podstawie zdjęć z dowodu osobistego, dlatego na przykład nasz dziadek ma na grobie podobiznę sprzed 50 lat.

Po pogrzebie odbyła się godzinna stypa, którą urządzono w sąsiedniej wsi, w barze „Fazenda, smaczna i wyszukana kuchnia”.

Trochę podkolorowałam zdjęcia, i gdyby nie samochód widoczny na którymś z nich, można by śmiało pomyśleć, że to zdjęcia przedwojenne. Myślę, że w kwestii pogrzebów niewiele się tu zmieniło.

dodaj do notanika
  • Ka.

    Dziś było 9 dni od śmierci dziadka, i z tej okazji nabożeństwo w cerkwi i na cmentarzu. Rodzina przedstawiła mnie księdzu – „to nasza synowa, Polka, z samej Warszawy, do Europy nas ciągnie” – a ksiądz na to: – „ha ha ha, a wy myślicie, że ja nie zauważyłem od razu, że to rzymokatoliczka?!”. Potem śmiali się, że przypadliśmy sobie nawzajem do gustu ;) Oczywiście spytałam o Matkę Boską Fatimską – okazało się, że ktoś ze wsi jeździł do pracy w Portugalii i przywiózł „prezent”, a księdzu nie przeszkadza – Matka Boska, to Matka Boska ;)

  • Stryj-enka

    Pani Kasiu, interesująca opowieść. Ja nie uczestniczyłam w pogrzebie (na szczęście…) ale wiele wątków przez Panią opisanych jest mi znajoma, m.in. wzajemna niechęć i podział na greko katolików i prawosławnych. W rodzinnej wsi mojego męża cerkiew jako świątynia także jest współna i nawet czasami wszyscy osiągają O ZGROZO porozumienie, np. wymieniając solidne, drewniane okna na plastiki (bo cieplej zimą….) czy usuwając na tył świątyni drewniany wielki krzyż, z którym został budynek wzniesiony – „bo stary”……… Pozdrawiam:)

    • Ka.

      Mam nadzieję, że te kłótnie religijne odchodzą w przeszłość, zwłaszcza na tle tego co się teraz dzieje na Ukrainie ludzie chyba maja wielką potrzebę jednoczenia się.