Dziś rano mieliśmy w planach jeszcze cmentarz. Chciałam iść na piechotę, bo mam niedaleko, ale zrezygnowałam, bo lało jak z cebra. Myślałam, że nikt nie wysiądzie z autobusu ;) A jednak nikt nawet o tym nie myślał, żeby zostać. Wyładowano wieniec i poszliśmy.

Cmentarz w deszczu ma jakiś szczególny urok. Zieleń nie jest tak soczysta jak w słoneczne dni, ma szary, mokry odcień. Jest pusto i cicho, nie słychać ptaków, nie ma nikogo przypadkowego. Naprawdę czuje się, że jest się na cmentarzu. Deszcz dodaje temu miejscu powagi.

W czasie deszczu okazuje się też, że figura „Madonny, która płacze”, w rzeczywistości wcale nie płacze…

Na cmentarzu Orląt schowaliśmy się w katakumbach. Potem nauczyciele położyli wieniec na grobie patrona szkoły, ppłk. Stanisława Nilskiego-Łapińskiego, którego rodzina pochodziła z Łap. Łapiński urodził się w Warszawie, gdzie jego ojciec pracował na kolei, studiował na Politechnice Lwowskiej. Walczył w Legionach, w czasie wojny polsko-ukraińskiej był zastępcą szefa sztabu.
{więcej o Łapińskim}

Przeszliśmy do kapliczki, gdzie p. dyrektor opowiedziała więcej o tej postaci, a kiedy wpisywała się do książki pamiątkowej, zauważyłam, że też ma na nazwisko Łapińska – spytałam, czy to rodzina.
– A, gdzie tam. U nas w Łapach sami Łapińscy. Jest ich tylu, że poszczególne rodziny mają dodatkowo przydomki albo numery. W naszej szkole na 600 uczniów jest 100 Łapińskich! A kiedy byłam wicedyrektorem, dyrektorem był też Łapiński. I przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego.

dodaj do notanika