Wszyscy już pewnie zdążyli wrócić do pracy, powiesić na ścianach nowe kalendarze i wrócić do swoich zwykłych zajęć, a tymczasem u nas święta w najlepsze i końca nie widać. We Lwowie masa turystów i miejscowych, którzy widać wczoraj siedzieli po domach krewnych i znajomych, a dziś stęsknieni życia towarzyskiego wylegli na ulice i zapełnili kawiarnie. 

Podoba mi się ten zwyczaj wspólnego świętowania. Znajomi wrzucają co chwilę na facebook filmiki, gdzie wielopokoleniowe rodziny, przebrane w wyszywanki, śpiewają wspólnie kolędy za świątecznym stołem. U jednego z lwowskich artystów przewinęło się wczoraj około 300 osób. U sąsiadki z dołu do północy trwały jasełka. W kawiarni na każda wypitą filiżankę kawy przypada jedna grupa wędrownych kolędników. 

Do nas także zaglądali już kilkakrotnie kolędnicy, ale mimo to wszystko toczy się jakoś z boku. Prawosławną Wigilię spędzamy zawsze w małym gronie z rodziną męża, ale w tym roku nie zdążyliśmy na nią przez opóźnienie lotu z Warszawy. Spędziliśmy wieczór w domu, w naprędce improwizując wigilię z tego, co było w zamrażarce i pączków z cukierni, które przypadkiem ktoś zamówił i nie odebrał. 

Następnego dnia pojechaliśmy na wieś do babci. Kiedyś wszystko mnie tam dziwiło (lub brzydziło), a na pewno interesowało (przeczytaj tu). Po kilkunastu latach jest już zupełnie inaczej – nic mnie nie dziwi, a powtarzalność rytuałów stała się nudna. Święta z roku na rok stają się coraz skromniejsze, bo coraz więcej czasu zabiera opieka nad schorowaną babcią. Nikt już nie przynosi siana pod stół (bo i skąd?), nie dba o to, żeby było dwanaście potraw. Fakt, jechałam w tym roku na wieś niechętnie. 

Na miejscu jednak czekały na mnie emocje, których się nie spodziewałam. Maleńki stół był nakryty w zimnej kuchni, a obok, w jedynym nagrzanym pokoju siedziała babcia. Siedziała sama i prowadziła jakiś bardzo gniewny monolog. Kiedy weszliśmy z dziećmi do niej z kolędą, przerwała, a z oczu popłynęły jej łzy. Nie wiem nawet, czy nas poznała, nie zawsze już poznaje. 

Przy stole babcia ponaglała nas jak zawsze jedz coś, jedz coś. Co chwilę pytała dzieci, do której już chodzą klasy. Mijało popołudnie. Nagle, kiedy zbieraliśmy się już do odjazdu, babcia zupełnie spokojnym głosem powiedziała: – Muszę już wracać do domu, bo nie wiem, czy tam ktoś jest, czy krowa nakarmiona. Oczywiście na nic się tu zdała argumentacja, ze dom jest tu, a krowy dawno nie ma. Muszę wracać, tam, za rzekę. Wasylu, może mnie podwieziesz, jeśli jesteś samochodem? Boję się, ze nikogo nie ma w domu, a tam krowa, kury… Będą źli na mnie. Nie mogę tu nocować, muszę wracać. 

Mówiła to takim tonem, że ciarki przeszły mi po plecach. Mimo woli przypomniała mi się Jenta i Księgi Jakubowe, i na moment uwierzyłam, że babcia już się bez problemu rozstaje ze swoim zniedołężniałym ciałem i z nowym, 2019 rokiem, aby powrócić tam, gdzie pewnie była szczęśliwa – w lata pięćdziesiąte, do wsi pod Sokalem, do chaty nad rzeką. 

dodaj do notanika