Niedziela i poniedziałek – dwa wolne dni na odświętowanie Wielkanocy (po ukraińsku Wielkiegodnia). Te ukraińskie święta to zawsze takie trochę deja-vu, a w tym roku różnica między polską a ukraińską Wielkanocą jest na tyle duża, że już wszyscy zdążyli zapomnieć o świętach i ze zdziewieniem przyjmują informację, że u nas to wszystko jeszcze „po peredu”.

Ale też i charakter świąt jest zupełnie inny. W sobotę (a na wsiach w niedzielę rano) święci się koszyczki. Mama przygotowała Wasylowi koszyczek, w którym były pisanki (Marta malowała), paska (baba wielkanocna), kiełbasa, szynka i masło.
Pytałam się potem, dlaczego akurat te rzeczy, bo z etnograficznego punktu widzenia brakowało mi tu soli, która w obrzędach ma ogromne znaczenie, symbolicznie zmieniając naturę w kulturę (mięso w potrawę itp.), a także odstraszając złe moce. A soli nie było. Zaintrygowało mnie za to masło. Symbol dostatku? Ale nic się nie dowiedziałam, bo mama powiedziała, że spis rzeczy, które mają być w koszyczku zaczerpnęła z jakiejś książeczki. Bez żadnej refleksji ludzie powtarzają rytuały nawet nie wiedząc po co.

Kiedy wracałam wieczorem w sobotę z wycieczki, a było już po 20.oo, miasto było jeszcze pełne ludzi – odświętnie ubranych, z koszyczkami właśnie. W większości cerkwi święcenie odbywało się właśnie wieczorem.

Następnego dnia pojechaliśmy do Nowego Stawu (7 km od Kamionki), do babci.
Zjedliśmy późne śniadanie, na które (pewnie już od dziesiątków lat) było to samo co zawsze – kiełbasa i szynka własnego wyrobu, jajka, chrzan, ćwikła, sałatka warzywna, sernik i ciasteczka zwane „suchary”.

Wielkanoc jest też chyba takim „zezwoleniem na rozpoczęcie wiosny”, bo pierwszy raz w tym roku na stołach pojawiła się „sałatka wiosenna” – twaróg, cebylka, rzodkiewki, śmietana.

Potem pojechaliśmy do dziadka i tam było praktycznie to samo, z niewielkimi tylko modyfikacjami. I we wszystkich okolicznych domach na pewno było to samo.

 

Dziadek ma 87 lat i jest niezły. Wciąż śpiewa w cerkwi. Zawsze kiedy przyjeżdżamy opowiada nam jakieś historie ze swojego życia (najczęściej zawsze te same). Jedna z tych historii jest o tym, jak udawał kiedyś Polaka, wykorzystując swoją jeszcze przedwojenną znajomość polskiego i modlitw po polsku (przed wojną w szkole była religia). A teraz był w szpitalu i skarżył się na lekarza – że taki „moskal” – 50 lat żyje na Ukrainie i słowa po ukraińsku nie zna. Kiedy lekarz przyszedł do sali, pożartował sobie z niego: „Ukraina i Rosja powinny być zawsze razem! Janukowicz chciał tak zrobić, tylko mu nie dali!”. Lekarz zadowolony, a dziadek i inni pacjenci mieli ubaw po pachy.

 

Po obiedzie poszliśy na cmentarz, gdzie odbywało się odśwpiewywanie panachydy nad grobami. Nie doczekaliśmy się jednak do grobu naszej babci, poszliśmy po 2 godzinach, bo dzieci już nie wytrzymywały.
A na cmentarzu dalej toczyły się rozmowy o tym, kto już posadził cebulę, a kto kapustę, i ile można było w tym roku zarobić na chrzanie.

 

dodaj do notanika