6.01. to Wigilia w obrządku wschodnim.

Tak więc od kilku lat rok kończy się Bożym Narodzeniem, po to, aby się nim za chwilę rozpocząć. Deja Vu.
Choć wszystko jest absolutnie inne.
„Polskie” święta to (jednak i niestety) przede wszystkim choinka i prezenty.
Teraz też spotkanie z dawno niewidzianą rodziną, z roku na rok coraz więcej problemów co komu kupić… Polskie święta to lepienie uszek, karp, idealne kosteczki marchewki w sałatce, sernik i szarlotka, życzenia przy opłatku (gdyby im poświęcać tyle czasu co kupowaniu prezentów).
Świece, biały obrus, odświętne ubrania. Przynajmniej trochę odświętne.

Dwa tygodnie poźniej następuje powtórka, ale w zupełnie innym wydaniu.
Całe szczęście nie ma tradycji obdarowywania się prezentami pod choinkę (od tego są Mikołajki), więc sensu świętom nie odbiera chodzenia po supermarketach. My TUTAJ właściwie w ogóle nie chodzimy do supermarketów i centrów handlowych. Życie ma inny smak.

Wigilię spędzamy zawsze na wsi (Nowy Staw pod Kamionką) u babci Oli. Traktuję ją już prawie jak własną babcię. Nie ma odświętnych strojów (babia jak co roku w fioletowym sweterku i zielonej spódnicy tym razem wpisała się kolorystycznie w światowe trendy mody), nie ma nawet białego obrusa.
Jest siano pod stołem, przy wnoszeniu którego trzeba gdakać jak kura dla zapewnienia obfitości jajek w nowym roku, jest świeczka w szklance z pszenicą, oraz wiele innych znaków, nad którymi nikt się nie zastanawia i nikt ich nie potrafi wytłumaczyć.
Dwanaście potraw (zawsze te same w TYM domu) – policzyłam, naprawdę było 12:
kompot z suszu (uzwar)
kutia (z pszenicy, maku, miodu i orzechów)
barszcz
pierogi z kapustą
pierogi z ziemniakami
uszka z grzybami
śledź
gołąbki z kaszą gryczaną
sos grzybowy
smażona ryba
chleb
pączki
Dlaczego 12? Bo było 12 apostołów – tak twierdzi did Iwan (a mój teść). Z przekorą etnografa powiedziałam, że kiedy Chrystus się rodził, to nie było jeszcze apostołów, ale nie zbiło go to z pantałyku. Właściwie kiepski ze mnie etnograf – wywiad był niedopytany. Jedyny wniosek jaki mi się nasunął, to to, że ich nie interesuje DLACZEGO, a jedynie to, aby dany rytuał się odbył, co jest właściwie istotą rytuału – działania wprawiającego nasz światw ruch.
Czy ktoś wierzy, że kury w Nowym Stawie nie będą znosić jaj, jak się nie pogdaka w odpwoiednim momencie przed wieczerzą wigilijną? Może nie, ale też i nikomu nie przyjdzie na myśl, żeby gdakania zaniechać. Tak jak pieczenia co roku tych samych „sucharów” (ciasteczek).

Bardziej dociekliwa okazała się Marta. Dzieci to idealni etnografowie, ich ciekawość jest niewyczerpana, a zainteresowanie szczere, nie takie jak nasze. To było moim największym problemem podczas badań terenowych – że jedziemy z tezą i przekonaniem, że WIEMY, że wiemy lepiej, a nasi rozmówcy dostarczają nam tylko cytatów okraszających nasze mniej lub bardziej uczone wywody.
W Nowym Stawie takie numery nie przechodzą. Na szczęście nawet nikt z nich oprócz mojego męża nie wyobraża sobie, za iloma takimi stołami nakrytymi ceratą w kwiatki siedziałam, i ile informacji nagrałam na metry taśmy magnetofonowej (cyfrowych dyktafonów wtedy nie było).
Wracając do Marty, to wieczorem, kiedy już wszyscy układali się pod pierzynami na skrzypiących łóżkach zapytała nagle, czemu nie sprzątnięto ze stołu.
Wolałam na noc jej nie mówić.
Ale zastanowiło mnie, jak to nasza kiedyś przecież wspólna tradycja tak się rozeszła i podążyła w Polsce ścieżką racjonalnego tłumaczenia – pusty talerz dla wędrowca? Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym? Polska gościnność? Figa. U babci Oli stawiamy trzy dodatkowe talerze.
Nie dla wędrowców. Dla zmarłego dziadka Władka i jego rodziców. Tu nikt tego nie kryje i nie próbuje tłumaczyć. Tu każdy wie, że po wigilii nie sprzątka się stołu, bo w nocy zmarli przyjdą, ten jedyny raz w roku odwiedzić swoich bliskich. Tu naprawdę się wierzy w świętych obcowanie.
Ja nie wiem, czy wierzę. Chyba nie taką wiarą, jak Marta, która pytała następnego dnia, czy zmarli coś jedli i która musiała dowiedzieć się następnego dnia, żeby móc spać spokojnie.

7.01 Pierwszy Dzień Świąt

Już bez mistyki.
Tego dnia oglądaliśmy w telewizji „Karaoke na Majdanie” – babci nie podobały się kolędy w wykonaniu panienek pozujących na gwiazdki pop, za to potem streściła mi kilkadziesiąt ostatnich odcinków swojego ulubionego serialu.
Tego dnia chodzili też prawdziwi kolędnicy. Słychać ich było już z daleka. Babcia pobiegła do okna popatrzeć, czy „nasi”, czyli prawosławni, czy katolicy, bo puszcza i tych i tych, tylko inny banknot daje. Ale oni już widać wiedzą, po których chatach którzy mają chodzić, bo przyszli „nasi”, a właściwie „ich”, bo mnie mimo wszystko bardziej podobają się grekokatolicy, ale o tym innym razem.

Starsza część rodziny poszła rano do cerkwi (babcia o 7.00, tata z mama o 8.00, ale mówili że o 7.30), a my – młodzi wylegiwaliśmy się w łóżkach aż nie wrócili, a wrócili dopiero o 10.30.
Babcia przyniosła nam prosforę – kawałki chleba maczane w winie. Czy to to samo co komunia?
Nie wiem.
Potem dopiero było sprzątanie ze stołu i „mycie” naczyń. Piszę „mycie” bo ani babcia, ani nawet, zdawałoby się, bardziej „cywilizowana” mama nie uznają płynów do mycia naczyń, więc wszystko miało nieprzyjemny zapach starego tłuszczu. Wieś, jak w XIX w. Z Kolbergiem po kraju.

Mąż śmieje się za mnie, że jestem „pani z Warszawy”, że nie wiem, co to wieś, że wszystko mnie brzydzi lub dziwi. Nie do końca tak jest, ale też to nie ja tu przyjeżdżam na święta od dzieciństwa.
Próbujemy się rozumieć, to próbujmy w obie strony.
Opiszę przy tej okazji kwestię toalety.
U babci za płotem obejścia jest elegancka wygódka, zamykana na haczyk.
Ale nikt z niej nie korzysta, bo wszyscy przyzwyczajeni są chodzić do obory, gdzie jeszcze do zeszłego roku można było swoją potrzebę załatwić w towarzystwie krowy
(też załatwiającej swoje potrzeby, albo, leszcze lepiej, przyglądającej się wielkimi krowimi ślepiami
– pierwszy raz czułam się speszona). Na noc na werandzie stoi wiadro. Kiedy byłam w ciąży i musiałam częściej chodzić do toalety, pobyt u babci był dla mnie straszny.

Na tym Pani Z Warszawy kończy. Następnym razem święta u dziadka.

dodaj do notanika
  • no cielawei poczytac inne obyczaje. chcilabym kiedys doswiadczyc na swojej skorze takich swiat prawoslawnych , wiejskich na ukrainie.
    ta prosfora to chyba jest dokaldnie tak jak u ans komunia tylko ze to co zostalo to mozna kazdemu rozdac i kazyd moze zjesc. tak nam mowila ostatnio pani we Lwowie u ktorej nocowalismy kilka dni ze znajomymi gdy ja zapytalismy czemu nam dawli jakies kawalki chleba w cerkwi kiedy przygladalismy sie jak wyglada ichnie nabozenstwo.

  • Genialny blog! Juz dwie godziny czytam zawartosc archiwum:)
    Moja rodzina pochodzi ze Lwowa.
    Nigdy nie widzialem piekniejszego miejsca.
    Zobaczyc Lwow to cos niepowtarzalnego.
    Ciesze sie, ze nie tylko ja jestem zakochany w tym miescie, i ze tak aktywnie dzialaja tam Polacy.
    Gratuluje pomyslu.
    Zazdroszcze pasji (i miejsca zamieszkania).
    Autorce bloga zycze wszystkiego dobrego

    Igor

  • K.

    Dziekuje. Nie wiedzialam, ze tu w ogole ktos zaglada :)

  • paula

    ano zaglada:)

  • Tomas

    Ja tez lubie ten blog i czekam z niecierpliwoscia na kolejne wiesci ze Lwowa :)

    Pozdrowienia z Warszawy :)

  • Anonymous

    Łezka w oku…Moja mama pochodziła z Hodowicy.Sama o niej niewiele wiedziała, bo miała trzy latka jak musiała z babcią czyli ze swoją mamą wyjechać na Ziemie Odzyskane…Babcia już dawno nie żyje,a jej córka (czyli moja mama)odeszła jeszcze przed nią…Pozostaje mi tylko domyślać się,że to właśnie w tym kościółku w Hodowicy była chrzczona…

    …Pozostał tam grób mojego dziadka.wiem tylko,że za życia był fryzjerem.Nie wiem gdzie jest pochowany…Czy ktoś wie czy w Hodowicy jest cmentarz ?

    Co do zdjęć – to gratuluję i dziękuję za publikację.Z opowieści pamiętam, że Hodowica była miejscem pielgrzymek .Tu bowiem był obraz Matki Boskiej Hodowickiej.Po wojnie, repatrianci obraz powiesili we wrocławskim kościele św.Augustyna.A może się mylę?…

    Chciałbym dowiedzieć się jak najwięcej o Hodowicy.

    Pozdrawiam.Tomasz z Oleśnicy.

  • K.

    Na przedwojennej mapie (WIG) jest cmentarz w Hodowicy, zaraz za kosciolem. Ja tam nie dotarlam.

    Zapraszma na fotokresy.com i lwow.blox.pl

  • Anonymous

    Dziekuję za odpowiedź.Ciekawi mnie gdzie taką mape mógłbym zobaczyć, bo skrót "WIG" nic mi nie mówi.

    Co do historii obrazu Matki Bożej Pocieszenia z Hodowicy, to ciekawie jest to opisane w sieci.Trzeba wpisać w wyszukiwarkę "Hodowica" a następnie wejść na "kazanie świadka"(sorki linku nie pamiętam).

    Pozdrawiam.Tomasz z Oleśnicy.