Tak się stało, że mam przymusowe wakacje w szpitalu, które nie wiem jeszcze, ile potrwają, postanowiłam więc opisać, co się stało. Znowu miałam spotkanie 3. stopnia z lwowską medycyną. Na szczęście nie zdarza się to często, w szpitalu byłam przez ostatnie kilkanaście lat tylko dwa razy – na porodzie i z chorym synkiem. Na początku roku okazało się, że mam poważny problem z zatoką szczękową i jedynym wyjściem jest operacja.  

Tak, jak i poprzednio, nie mogę powiedzieć złego słowa na opiekę szpitalną. Może warunki nie były luksusowe, ale czysto, pielęgniarki i sanitariuszki miłe, lekarze też, a co najważniejsze, dobrze wykonali swoją robotę (mam nadzieję). 

Chirurg, który mnie operował, był polecony przez koleżankę o tej samej specjalności. Jest dziekanem wydziału chirurgii szczękowej na lwowskiej AM i synem legendy radzieckiej stomatologii – jego ojciec, pochodzący z zasłużonej estońskiej rodziny, obronił doktorat o implantach jeszcze w latach 50. XX w., co prawda po tym, jak odsiedział kilka lat w łagrach za pomoc estońskim powstańcom.

Kolejek nie ma, można było iść do szpitala choćby na następny dzień po wizycie, ale ze względu na różne plany wyjazdowe (zima w Beskidach) ustaliliśmy termin za miesiąc. Muszę się przyznać, że ten miesiąc był dla mnie bardzo stresujący,  z nieprzespanymi nocami i łzami w poduszkę. Mąż wychodził nawet w środku nocy po leki nasenne dla mnie. 

Operację miałam w Walentynki. Nie było jak w filmach – sali z wielką lampą nad głową, stalowego, sterylnego stołu, tylko zwykły fotel dentystyczny i drugi obok, na którym już obrabiali innego delikwenta. Nie było maski tlenowej i odliczania do dziesięciu, pielęgniarka tylko powiedziała, że zaraz może mi się zakręcić w głowie, i tyle pamiętam. 

Obudziłam się już w swojej sali, z trzęsącą się szczęką, której nie mogłam opanować, i ze łzami w oczach. To były chyba łzy szczęścia, że już po wszystkim. Czekał na mnie mąż, i kiedy położyli mnie na łóżku, okazało się, że jestem w jednym bucie.  Drugi zdjęli mi w czasie operacji,  żeby wkłuć się w żyłę na nodze (o tym dowiedziałam się od męża dopiero w domu). Nie mogli go znaleźć i zaczęli sobie żartować, czy mi go czasem gdzieś nie zaszyli :)

Chcieli mnie nawet wypuścić tego samego dnia do domu, bo wyglądałam całkiem nieźle, ale okazało się, że za szybko – po zejściu ze schodów dostałam zapaści – pamiętam tylko, że otworzyłam oczy, wszystko było przez chwilę czarne, a ja nie wiedziałam, czy leżę, czy stoję. Leżałam na ziemi, nade mną stał już anestezjolog z bardzo nietęgą miną, mąż, pielęgniarki i przypadkowi gapie. Zabrali mnie z powrotem na górę i kazali leżeć do rana. 

Salę miałam dwuosobową, ale byłam w niej sama, mąż mógł być ze mną cały czas, bo nie było ustalonych godzin odwiedzin, i nikt tego nie pilnował. 

Rano przyszedł mój chirurg i zagadnął o „wczorajszego fikołka”, ale obejrzał i po stwierdzeniu, że wszystko idzie w dobrym kierunku, wypuścił do domu. 

Na tym wszystko miało się skończyć, ale przyplątały się powikłania, kilka dni później leżałam znów w szpitalu, a tydzień później w kolejnym, w którym jestem do dziś, więc historia będzie miała ciąg dalszy.  Mam nadzieję,  że niezbyt długi i znów będę mogła pisać Wam o Lwowie, zamiast o swoich szpitalnych przygodach. 

  • Sławek

    Życzę rychłego powrotu do zdrowia!!!

  • Tarnowianin

    Pani Kasiu !!! Serdeczne pozdrowienia i życzenia jak najszybszego powrotu do zdrowia. Turyści łaknący Pani wiedzy i sposobu przekazywania informacji o Lwowie i Kresach stoją cierpliwie w kolejce i czekają na Pani powrót „na trasy”. Trzymamy za Panią kciuki !!!

  • Ewa z Krakowa

    Dużo zdrowia! Bez Pani wpisów na blogu trudniej mi znieść tęsknotę za Lwowem.

  • Dziękuję wszystkim za życzenia. Jestem już w domu i po mału wracam do siebie :)