Nie było mnie dłuższy czas, mój synek poważnie zachorował i byłam z nim w szpitalu. Na szczęście już po wszystkim – jesteśmy w domu, za chwilę wyjeżdżamy na wakacje trochę odpocząć.

Chociaż mieszkam we Lwowie już od ponad 9 lat, to było pierwsze moje spotkanie „trzeciego stopnia” z ukraińską medycyną. Wcześniej oczywiście zdarzało się nam zachorować, ale lekko, nigdy z pobytem w szpitalu. Ten znałam tylko z opowieści. Teraz sama mogę Wam opowiedzieć, jak to wygląda.

Byłam u koleżanki, kiedy zadzwonił mąż, że Wiktor źle się czuje, ma wysoką temperaturę, i  że wezwał do niego karetkę. Karetka przyjechała bez zbędnego targowania się, czy trzeba, czy nie, i w miarę szybko (czasem we Lwowie trzeba na nią poczekać, bo w korkach ciężko, a kierowcy nie mają w zwyczaju przepuszczania samochodów na sygnale). Karetka wyglądała co prawda, jakby przyjechała z poprzedniej epoki, na szczęście lekarze byli współcześni ;)

Medycyna na Ukrainie jest bezpłatna dla wszystkich, nie ma czegoś takiego jak ubezpieczony lub nie, dlatego też przy przyjęciu do szpitala nie było zbędnych formalności. Podaje się tylko adres, nazwisko, miejsce zatrudnienia, i kilka podobnych szczegółów. Zostałam przyjęta razem z synem, z diagnozą „ostra niewydolność górnych dróg oddechowych”, oczywiście byłam całkowicie zdrowa, wpisali to, bo Wiktor jest za duży, żebym mogła zostać do opieki nad nim wg regulaminu szpitalnego.

Trafiliśmy do szpitala zakaźnego. Zabytkowe secesyjne budynki sprzed I. wojny św., piękny park wokół. Brakowało tylko zakonnic w wielkich białych czepcach ;) Dostaliśmy osobną 2-os. salkę, więc prawie jak na kurorcie (szpital znajduje się przy ul. Piekarskiej – możecie sobie go obejrzeć z zewnątrz przy okazji zwiedzania Cmentarza Łyczakowskiego – wejście na teren jest dla każdego). Potem zamieniono nam ją na 1-osobową, bo brakowało miejsc dla chorych, więc spaliśmy w jednym łóżku na zakładkę.

Pierwszego dnia postawiono diagnozę i rozpoczęto leczenie. 2-3 razy w ciągu dnia przychodziła do nas nasza pani doktor, która badała Witka, objaśniała nam kolejne etapy leczenia, odpowiadala na wszystkie pytania, zbadała także na wszelki wypadek drugiego synka, który został przywieziony z domu. Całą dobę na oddziale czuwała pielegnarka, która wykonywała wszelkie drobne zabiegi typu kroplówki itp.

Na oddział (ok. 10 sal 2-os.) była jedna toaleta, jedna łazienka, lodówka i mikrofalówka. W każdej sali była umywalka, ale ciepła woda bywała tylko wieczorami.

Karmili nas cztery razy dziennie. Na śniadanie była zazwyczaj jakaś zupa mleczna i chleb z masłem oraz herbata. Na drugie śniadanie – kawa zbożowa z mlekiem i herbatniki, na obiad zupa, pure ziemniaczane, kasza, różne sezonowe warzywa zazwyczaj duszone, rzadko jakaś mięsna zapiekanka albo sos z mięsem. Na kolację znów zupa mleczna, zapiekanka twarogowa, omlet, kisiel. Całkiem nieźle, choć po kilku tygodniach można mieć już dosyć. Nam (zresztą nie tylko) przynosili jedzenie z domu, więc byliśmy rozpieszczeni i prawie nie korzystaliśmy z szpitalnego wiktu. Muszę dodać, że karmiono zarówno dzieci, jak i mamy, czasem tylko było zarządzenie, że ziemniaki tylko dla dzieci, a mamy jadły kaszę.

Po kilku dniach, kiedy minął pierwszy stres związany z nagłą nocną hospitalizacją, zaczęliśmy się zastanawiać, czy powinniśmy komuś za coś płacić. Medycyna na Ukrainie jest teoretycznie całkowicie darmowa, ale istnieje też przekonanie, że leczyć się za darmo, to leczyć się na darmo. Wszyscy znajomi i rodzina sugerowali nam, że powinniśmy płacić, a przynajmniej otwarcie powiedzieć lekarzowi, że odwdzięczymy się, żeby mieć zagwarantowany odpowiedni poziom usług medycznych. Nikt z personalu szpitalnego jednak nie robił najmniejszych aluzji co do istnienia jakichś niepisanych opłat. Sprawa została nawet skonsultowana ze znajomymi lekarzami. Początkowo otrzymaliśmy radę, żeby dać, ale na koniec (suma: wedle uznania, ale bez przesady), a potem jedna z koleżanek (dentystka) po konsultacji z mamą (okulistka) zadzwoniła jednak i powiedziała, że mama powiedziała, żeby dać cześć przed, a cześć po (mamę znamy dobrze, jest to kryształowa kobieta, która nigdy w życiu grosza nie wzięła od pacjenta).

Ostatecznie postanowiliśmy jednak dać na koniec, w dniu kiedy nas wypisywali. Nie wspominaliśmy też, że zamierzamy odwdzięczyć się. Mimo to wszyscy, od salowych po lekarzy byli dla nas bardzo mili i wykonywali swoje obowiązki bez zarzutu. Na szczęście obyło się bez komplikacji i synek wrócił do zdrowia, choć ma przed sobą jeszcze długi okres rekonwalescencji. Nie płaciliśmy też za żadne leki, w czasie całego pobytu kupiliśmy za własne pieniądze tylko jeden wenflon, bo akurat ich zabrakło.

 

Nie życzę nikomu, żeby się przekonał na własnej skórze, ale gdybyście trafili do ukraińskiego szpitala, mam nadzieję, że traficie tak dobrze, jak my.

 

 

dodaj do notanika