Dawno nic tutaj nie pisałam, bo sezon (tak), wycieczki jedna za drugą, książka się składa, a jeszcze obiecałam przetłumaczyć tekst o architekturze międzywojennego Wołynia. Jak się to wszystko skończy, to wrócę i będę częściej pisać.

Dziś jednak chcę Wam opowiedzieć o czymś, co mnie poruszyło.
Kto pamięta panią Stasię? Pisałam o niej jakiś czas temu. Otóż, obiecałam jej coś po wakacjach, a potem byłam zajęta i się nie odezwałam. Dopiero niedawno zrobiło mi się głupio i zadzwoniłam do niej. Dodzwoniłam się na trzeci dzień, zastanawiając się już, czy wybrała się w kolejną szaloną podróż, czy zeszła cicho z tego świata, zostawiając mnie na zawsze z wyrzutem sumienia. Powód okazał się mniej dramatyczny: zepsuł się dzwonek w telefonie. Załatwiłyśmy, co było umówione, a przy okazji zaproponowałam, żebyśmy poszły razem do kina, akurat trwa we Lwowie przegląd polskich filmów. Pani Stasia się zgodziła, a nawet, nieoczekiwanie dla mnie, ucieszyła. „Tyle kłopotów, może się rozsłabię trochę”. Świetnie, tylko że w dostępnych dla nas terminach: Inka, Pilecki, Rodzina Kowalskich z Markowej, Letnie przesilenie… Wybrałyśmy „Sprawiedliwego”, też o wojnie, ale w opisie było, że pozytywny i optymistyczny. Dodatkowo kupiłam pani Stasi dwa bilety na „Moje córki krowy”, który widziałam wcześniej i mi się podobał.
No i do sedna.
Dziś, w dzień seansu, tysiąc pińcet razy dzwoniłam i się nie dodzwoniłam do niej (zepsuty dzwonek), na szczęście znalazłam ją w katedrze na różańcu. Po drodze do kina okazało się, że na „Krowy” nie poszła, bo koleżanki z kościoła wyciągnęły od niej te bilety, a na w dobroci serca im dała… choć kina jej było żal :(

Film był bardzo ładny, choć smutny – o żydowskiej dziewczynce, którą matka, wiedząc, że idzie na śmierć, zostawia u przypadkowej polskiej rodziny. Pani Stasia cały film potakiwała, jakie to prawdziwe, tak było, tak ich pędzili, ile ludzi, dzieci zginęło… Chyba nawet łezkę uroniła. A po wyjściu z kina mówi:

– My też mieliśmy taką dziewczynkę. Kiedy Żydów prowadzili na stracenie, staliśmy z babcią przy drodze i gestapowiec się odwrócił, a wtedy jedna z Żydówek dała babci na ręce swoją córeczkę. Babcia ją nazwała Tasia. Piękna była, jak aniołeczek… jak myśmy ją wszyscy kochali, jak ją kołysaliśmy… Babcia tak o nią dbała, zawsze o nią w pierwszej kolejności. Może ze dwa lata miała. A potem zachorowaliśmy wszyscy na koklusz… my jakoś wyzdrowieliśmy, a ona… maleńka była… umarła… Jak my ją kochaliśmy…