Gabor Gejzowicz

Podobno stroiciel fortepianów to zanikający zawód. My od lat korzystamy z usług tego samego pana, poleconego kiedyś przez znajomego z lwowskiej Opery. 

Stroiciel nazywa się Gabor, jest Węgrem z Zakarpacia. Nie wiem, ile ma lat, bo przeszedł już tę magiczną granicę, po której człowiek zupełnie przestaje się starzeć. Pamiętam tylko jedną z jego opowieści, jak tuż po wojnie żegnał ojca, którego nowa, sowiecka władza wezwała na jakieś 2-tygodniowe roboty. Nigdy go już więcej nie zobaczyli. 

Przy przeprowadzce chcieliśmy zrezygnować już z posiadania naszego wysłużonego pianina „Ukraina”, tym bardziej, że jedyna osoba, która na nim grała, nasza córka, studiuje teraz w Warszawie. Jednak w ostatniej chwili zrobiło się nam żal i pianino jednak zostało. I jak po każdej przeprowadzce, wymagało nastrojenia. 

Nie mogłam się jednak dodzwonić do naszego stroiciela, jego telefon milczał jak zaklęty. I wtedy spotkałam go przypadkiem na ulicy. To jest właśnie Lwów. 

 

Gabor Gejzowicz przyszedł kilka dni później. Oczywiście pamiętał nie tylko mnie i nasz instrument (jak dobry lekarz zna swoich pacjentów), ale i wszystkie nasze poprzednie lokalizacje, które ma zapisane w zeszycie. Z natury jest gawędziarzem, co niestety trochę wyklucza się z jego pracą, wymagającą zachowania ciszy, więc zazwyczaj zostaje jeszcze potem i opowiada różne historie. O pianistach w filharmonii i operze, którzy w czasie przerwy rozlewają kawę na klawiaturę, a potem struny rdzewieją i pękają; o akompaniatorce, której tak ciśnienie podskoczyło na widok przystojnego baletmistrza, że przy następnym uderzeniu w klawisze też nie wytrzymały struny; o ukraińskiej artystce, która w nocy chodzi do filharmonii, żeby się wyżyć muzycznie i gra po kilka godzin, i wiele innych. 

Zdjęcia z 2009 r:

 

I jeszcze jedna historia, która nie dotyczy zupełnie Lwowa, ale warta jest zanotowania. Historia trochę jak z „Pianisty” w połączeniu z „Tą ostatnią niedzielą”.

Smutna Niedziela

W latach 30. XX w. węgierski kompozytor żydowskiego pochodzenia, Rezső Seress, występujący jako pianista w budapesztańskich knajpach, napisał piosenkę pod tytułem „Smutna Niedziela”. Legenda mówi, że napisał ją pod wpływem nieszczęśliwej miłości do kelnerki, pracującej razem z nim w restauracji. Ta sama dziewczyna miała odrzucić także zaloty młodego niemieckiego biznesmena, który chciał się rzucić z mostu w fale Dunaju, ale w ostatniej chwili go uratowano. Piosenka zyskała złą sławę „pieśni samobójców”, ale jednocześnie szaloną popularność: przetłumaczono ją na 28 języków, a wśród wykonawców widzimy takie nazwiska jak Billie Holiday, Ray Charles, Marylin Monroe, Sinéad O’Connor, Björk.

W czasie II wojny światowej przed śmiercią kompozytora uratował niemiecki oficer, dawniej biznesmen-samobójca, pamiętający jego występy w budapesztańskich lokalach. Rezső Seress zmarł śmiercią samobójczą w 1968 r. 

 

Zapewne w tej historii prawdziwe wątki przeplatają się z fikcyjnymi, ale na tyle pobudza ona do dziś ludzką wyobraźnię, że na jej podstawie powstał film „Szomorú vasárnap” – podobno bardzo dobry, ale znalazłam tylko po węgiersku ;) W filmie kompozytor jest uwikłany w miłosny trójkąt z piękną kelnerką Iloną i właścicielem restauracji.  Wykonanie utworu z tego filmu:

 

Gabor Gejzowicz skojarzył ten utwór z inną historią – o „tangu śmierci”. W obozie janowskim we Lwowie Niemcy kazali grać żydowskiej orkiestrze, aby zagłuszyć strzały. Opowiedziałam mu oczywiście o utworze Petersburskiego i przy następnej okazji wymieniamy się nutami. 

 

dodaj do notanika