Dziś kolejna wyprawa po fotografie, tym razem – zachód i południowy zachód od Lwowa.

Dzieci zostały odwiezione do babci.
Pierwszym celem naszej podróży był Gródek Jagielloński. Kościół, który zawsze po drodze wydawał mi się gotycki, a w rzeczywistości jest zlepkiem różnych stylów, ale najbardziej chyba renesansowy – był otwarty.
Wnętrze ubogie, widać, że bardzo ucierpiał w czasach sowieckich, ale zadbane. Zachowało się kilka ciekawych detali, jak herby ziem i miast polskich (m. in. Pogoń – herb Wielkiego Księstwa Litewskiego, św. Archanioł Michał – herb Rusi, głowa byka – herb Mołdawii, a także herby niektórych miast polskich – w tym dwóch „moich” – Warszawy i Lwowa).
Do parafii należy 139 rodzin.


kościół w Gródku

Koło kościoła poznaliśmy Jurka Komendanta, który stał się naszym przewodnikiem po Gródku – pokazał nam, przeplatając opowieść o swoim mieście wspomnieniami z czasu spędzonego w Przemyślu i w warszawskim Monarze – dawny klasztor franciszkański, w którym mieści się obecnie klasztor greko-katolicki, w kościele piękny i najwyraźniej stary ikonostas (XVII w?), a właściwie tylko kilka jego rzędów – rząd prazdników „zawieszony” w przestrzeni, a pod nim pusto – pierwszy raz coś takiego widziałam który jak już wcześniej wyczytaliśmy z przewodnika, stał na terenie ufortyfikowanym, należącym do zamku, który się niegdyś w Gródku znajdował. Tego nasz przewodnik nie wiedział, pokazał nam za to park, położony nad stawami, dawniej zwany królewskim, o ukształtowaniu terenu dziwnie nasuwającym na myśl ufortyfikowane wzgórze. Obok znajduje sie jeszcze jeden, mniejszy pagórek, pod którym jak powiedział Jurek, jest przejście podziemne, które prowadzi do klasztoru, parku, a stamtąd do kościoła, ale teraz jest zamurowane, bo kiedyś dwóch strażaków chciało je zwiedzić, weszli do środka, a znaleziono ich martwych.


dawny klasztor franciszkański

Potem poszliśmy do cerkwi Błahowiszczennia (Zwiastowania), grekokatolickiej, zabytku XVI w., który w jednej z książek został określony jako „najpiękniejszy zabytek renesansowy na Ukrainie” – chyba „nieco” przesadzone, zaś w drugiej jako „cerkiew wzorowana na cerkwi wołoskiej we Lwowie” – autor najwyraźniej w jednej z nich nie był. A może i w drugiej też.
Świątynia przyjemna, ale bardzo skromna. Taki renesans prowincjonalny.
Miły pan, chyba kościelny, wpuszcza nas do środka.


wnętrze cerkwi Zwiastowania

Kolejnym obiektem na trasie naszego zwiedzania była drewniana cerkiew św. Jana. Nota bene zauważyłam ciekawą rzecz: w książce o zabytkach Ukrainy, wydanej w czasach radzieckich, zresztą bardzo solidnie i rzeczowo napisanej (bez wstawek o marksizmie-leninizmie), nie pisze się np. cerkiew św. Iwana, tylko „iwaniwska cerkow”, zeby pod żadnym pozorem nie użyć słowa „święty” (to tak, na marginesie).

Cerkiew też bardzo zadbana, upór Jurka zaprowadził nas aż do mieszkania księdza prawosławnego, który otworzył nam i pozwolił robić zdjęcia, ale szybko, bo miał dużo pracy, przy okazji mówiąć o tym, że Bóg jest noiepojęty, i człowiek tylko tyle zrozumie, na ile Bóg sam da się poznać. W czasach radzieckich w cerkwi było muzeum haftów ludowych, parafia prawosławna dostała całkiem zdewastowany obiekt, który własnym staraniem odnowiła (cerkiew z 1755 r.! ), stary ikonostas się przewrócił ze starości, w tej chwili w cerkwi jest jego kopia.


Cerkiew św. Iwana

Potem dowiedzieliśmy się jeszcze, że warto w Gródku zwiedzić miejsce zwane Barbarką, gdzie dawniej stał kościółek na starym cmentarzu ofiar zarazy, a teraz jest tam cerkiew (przy wjeździe do miasta od strony Lwowa).
A na koniec Jurek zaserwował nam informację, z którą na początku nie za bardzo mogliśmy sobie poradzić: pokazując na klomb w Rynku rzekł: „a tutaj przed wojną stał Gródek Jagielloński. Potem postawili Lenina. Mam ksero, to wam przyślę”. Okazało się, że chodziło o pomnik Władysława Jagielly, który w Jurkowej głowie zlał się w jedno z jego rodzinnym miastem noszącym to samo nazwisko ;)


Jurek Komendant

Odjechaliśmy z Gródka, bo czas naglił, obiecując przysłać Jurkowi zdjęcie, które zrobiliśmy – to chyba był dla niego ważny dzień, a i nam sporo pomógł i opowiedział.

Z Gródka skręciliśmy na Komarno, kierując się do Beńkowej Wiszni. Po drodze zabraliśmy trzech „autostopowiczów” (to pojęcie w ogóle nieznane na Ukrainie, niektórzy sa zdziwieni że nie bierzemy pieniędzy, inni wciskają na siłę – z 10 hrywien byśmy zarobili ;). Dwóch panów i jedna pani, która, jak się okazało, pracowała dawniej właśnie w technikum rolniczym które mieści się w pałacu Fredrów w Beńkowej Wiszni i nas pokierowała, tak że prawie bez problemu trafiliśmy (bez niej byłoby ciężko). Dojazd jest taki: z trasy należy skręcić w prawo zaraz za tablicą „Rudki”, przed pierwszymi blokami w tej miejscowości; jedzie się wzdłuż bloków do ich końca, (jakieś 100 m może), potem droga skręca w prawo i po lewej mija się domy jednorodzinne, a po prawej za jakiś czas będzie kapliczka w kolorze żółto-niebieskim – zaraz za nią skręt w lewo między domki. Kawałek dalej po prawek dom przy bramie którego stoją dwa kamienne lewki – zaraz za tym domem odchodzi droga w lewo zakonczona szlabanem. Za tym szlabanem jest już park, pałac stoi w głębi po prawej stronie.

Pałac był pusty, kręciła sie tylko jakaś pani i pan, który się nazwał „komandantem” tego budynku (dziwna zbieżność z nazwiskiem naszego przewodnika z Gródka!) i pozwolił nam wszystko zwiedzać.


pałac Fredrów

Dzień był piękny, słoneczny, wszystkie sale pootwierane, więc korzystaliśmy, ale wrażenia dziwne – co by powiedział na to Fredro – w klasycystycznym/neobarokowym (?) pałacu, gdzie dawniej jadano zapewne obiady na zalanych słońcem tarasach, teraz w salach wiszą plansze przedstawiające prawidłowe ułożenie płodu końskiego lub budowę wymienia… a całe wyposażenie tejże szkoły wygląda, jakby się tu czas zatrzymał w jakimś 1962….


koński płód w prawidłowym ułożeniu

Fredro obecny symbolicznie – jedna izba poświęcona jego pamięci, w gablotach niedbale walają się „Śluby Panieńskie” i „Zemsta”, kilka wycinków z gazet, kilka portretów. W jednej z sal na tablicy ktoś kredą napisał: „Aleksander Fredro”. Po sąsiedzku portrety pionierów radzieckiej weterynarii.


jedna z sal technikum rolniczego/pałacu Fredrów

{do poczytania}

W Rudkach byliśmy tylko w kościele, który otworzyła nam miła pani, zapewne gospodyni księdza. Na zewnątrz trwa niewielki remont, coś robią przy fundamentach kościoła, w środku piękne, ale bardzo zniszczone wnętrze. Zachowały się freski wiele elementów wyposażenia – tablice pamiątkowe, epitafijne, wiele rzeźb, ołtarz, wszystko w stylu bardzo ze sobą harmonizującej prowincjonalnej ludowej religijności, z którą współgrało już chyba współczesne hasło umieszczone na drzwiach – „wstąp na chwilę, Jezus czeka”. Jeśli Jezus gdzieś czeka, to chyba właśnie w TAKIM kościele.


wnętrze kościoła w Rudkach

Troche inne wrażenie robi kaplica grobowa z kryptą Fredrów. Tu już marmury i ozdobne czcionki łączą kościół z „wielkim światem”, choć ołtarz też skromny, bez porównania z ołtarzami np. Szolc-Wolfowiczów czy Kampianów ze Lwowa. Jest też znak polskiej obecności – wieniec na grobie komediopisarza. Więc jednak ktoś tu zagląda. Zrzadka. A szkoda. Ile by czasu zabrało takiej wycieczce jednodniowej z Ustrzyk zawinąć – i tak przez Rudki przejeżdżają. A może to trzeba być świadomym i się domagać?


krypta kościoła w Rudkach

Sambor. Miasteczko na pierwszy rzut oka dosyć przyjemne, wrażenie psuje nieco bazar w samym centrum. Byliśmy już mocno głodni (ale jeszcze nie źli), więc postanowiliśmy zjeść coś w „kafe” w kinie Kobzar przy Rynku. Nie dało się – pani obsługująca ignorowała nas kilka minut przyjmując inne zamówienia poza kolejką, więc skończyło się na paskudnych hot-dogach, kefirze i ciastkach owsianych.
Ale wcześniej pochodziliśmy trochę już bardziej z poczucia obowiązku niż z pasji, więc Sambor zostaje jako punkt do ponownych odwiedzin.
Zobaczyliśmy – ratusz; rynku nawet nie obeszliśmy naokolo (teraz żałuję). Kościół Jezuitów (poźniej Bernardynów) przy ul. Mickiewicza, na którym tabliczka głosi, że to sala muzyki organowej i kameralnej (zamknięte). Jeśli to kościół wzorowany na Il Gesu, to kiepsko wyszło. Jakoś się fasada wszerz rozjechała.


kościół jezuicki w Samborze

Ostatnim obiektem był kościół parafialny, częściowo gotyk, częściowo renesans, wyglądał na bardzo interesujący, i nawet otwarty, przez kratę można byłoby zajrzeć, gdyby nie to, że brama zamknięta… jednak największe wrażenie robi księdzówka – sama bym w takiej mieszkała :)


księdzówka w Samborze

Z Sambora pojechaliśmy do Mościcsk, zabierając po drodze jeszcze kilku mało rozmownych pasażerów (jedna pani się spieszyła na giełdę, pracy jak się okazało, bo już się zaczęłam zastanawiać, jaka to giełda może być w Mościskach? Chyba nie papierów wartościowych). Podrodze jeszcze kilka drewnianych cerkiewek i kościołów katolickich, w tym jeden o ciekawej architekturze, ale już nie zatrzymywaliśmy się, bo nie było czasu. Z Mościsk bez zatrzymywania się pojechaliśmy do Sądowej Wiszni. Która była miłym zakończeniem dnia.

W Sądowej Wiszni mieliśmy zrobić zdjęcia: rynku, ratusza, kościoła, synagogi. Zastanawiałam się, gdzie tam się tyle rzeczy mieści, bo przecież mnóstwo razy tamtędy przejeżdżaliśmy po drodze do Przemyśla i nic takiego nie pamiętam. A to dlatego, że zawsze jeździliśmy obwodnicą, przy której znajduje się motel „Miraż” i „centrum konne Wadym”. Samo miasteczko jest w bok od głównej trasy. Zjechaliśmy więc, kościół znaleźliśmy (ta sama historia co w Samborze – kościół otwarty, brama zamknięta, ale już mi tak bardzo nie było żal, bo wyposażenie XIX-w, jak wynikało z przewodnika). Kościół usytuowany dziwnie, bo z dala od rynku. Najpierw myślałam, że tego rynku w ogóle nie ma, a miejscowość wyglądała na trochę większą wieś. Ale szybko się znalazł. Wszystkow miniaturce, malutki ryneczek, parterowe-piętrowe kamieniczki, nawet nie ratusz, a ratuszyk. Narodny Dom w stylu ukraińskej secesji, ale zniszczony bardzo. Kiedy została nam już tylko synagoga, zaczepił nas jakis pan na tym miniaturowym Rynku, pytając, czego szukamy. Kiedy odparłam, że synagogi, powiedział, że o Żydach z Sądowej Wiszni on może opowiedzieć więcej, niż ktokolwiek inny.

I opowiadał. Po polsku, bo jak się okazało, to miejscowy Polak, członek oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, Roman Wójcicki. Opowiadał, że ani synagog, ani Żydów już nie ma, ale on z kilkoma koresponduje, czasem przyjeżdżają. Opowiadał o pani Goldbergowej, której rodzice mieli austerię przy rynku, a która przyjechała z Kanady żeby w tym miejscu wmurować tablicę pamiątkową. Rada miasta pozwoliła, pod warunkiem, że ufunduje miastu nowy zegar na wieżę ratuszową. Tablica i zegar są. Opowiadał o dawnym kościele, o tym, że Sądowa Wisznia jest starsza od Lwowa (w tym roku obchodziła jubileusz 777-lecia), o tym że pierwotnie była nie Wisznia, a Wysznia, bo leżała na pagórku otoczonym rzeką i moczarami. O tym, że tu zbierała się szlachta na sejmiki generalne województwa ruskiego i sądy (stąd Sądowa). I że kiedy przyszła władza radziecka, to mylnie odczytano nazwę i długo stacja kolejowa nazywała się „Sadowa Wysznia” (bo tak było logiczniej). Opowiadał o dawnym właścicielu, Marsie, którego córka jeszcze dziś mieszka w Warszawie. O dwóch cerkwiach i klasztorze Franciszkanów. o ośrodku hodowli koni, który zaopatrywał w wierzchowce całe przedwojenne wojsko polskie. I o wielu, wielu innych rzeczach.


Sądowa Wisznia

Nagle się okazało, że ta mała i na pierwszy rzut oka nieciekawa miejscowość ma przebogatą historię, i co ważniejsze – ludzi, którym zależy, żeby te informacje nie przepadły.
Pan Roman przgotowuje książkę o Sądowej Wiszni. Szuka wydawcy.


ja i pan Roman

Wyjątkowe mieliśmy dziś szczęście.

  • Miło było poczytać o miejscach które choć dalekie są jednak bliskie. Są bliskie bo z Beńkowej Wiszni pochodzi moja ciocia Aniela, której nie dane mi było poznać. Historia jej i jej najbliższych sprawiła, iż zainteresowałam się samą miejscowością w której, być może, do dziś mieszkają jej krewni.

  • Anonymous

    Witam!!!
    Odległe i sercu bliskie rodzinne strony moich przodków, mojego dziadka Michała i mojego ojca Aleksandra. Obaj nie żyją i nigdy po wojnie nie odwiedzili swoich rodzinnych stron. Coś mnie pcha by wybrać się do Sądowej Wiszni by odszukać ślady moich przodków, którzy przez wieki tam zamieszkiwali. Czy ktoś zna Polaków mieszkających w Sądowej Wiszni mogących pomóc, lub w Polsce posiadających informacje dotyczące Sądowej Wiszni?
    Pozdrawiam

    Dariusz Czerniawski
    Borne Sulinowo
    polonika@wp.pl

  • Anonymous

    Czy komuś mówi coś nazwisko Erhardt z Sądowej Wiszini? to moja rodzina,której poszukuję
    Marek Stasiak ecowoda@o2.pl

    • Arkadiusz Ares

      W Rzeszowie jest lekarz laryngolog o tym właśnie nazwisku.

  • Anonymous

    Witam serdecznie:-) Miło odwiedzic te stronke,poniewaz urodzilam sie w Grodku Jagiellonskim lecz juz po wojnie.Bylam tam w roku 1979,Czesc mojego serca pozostanie juz tam na zawsze. Pozdrawiam cieplutko-Ludmiła:-)

  • Anonymous

    r
    Rodzina mojego taty pochodzila z Sądowej Wiszni a po wojnie wraz z końmi ze stada zostala przesiedlona i znależli się w Drogomyślu.Tato ani nikt z naszej rodziny nigdy póżniej nie byli odwiedzić tej miejscowości a muszę powiedzieć,że to od jakiegoś czasu jest to moim marzeniem.Mam nadzieję,że tam jeszcze mieszkają krewni mojego taty.

    po wojnie wrócili

  • urdziłam się w Rudkach,kocham to miasteczko:) w Polsce sie uczę.Ale mój dom jest w Rudkach…Kocham ten kościół,a Pani go świetnie opisała !!!Dziękuję artykuł jest cudowny

  • Anonymous

    Mała poprawka. Kościół jezuitów a bernardynów w Samborze to dwie różne rzeczy. W kościele pobernardyńskim jest sala organowa. Idąc na prawo od głownej fasady jest cerkiew greckokatolicka, natomiast na lewo – w stroną fary – szkoła muzyczna (dawny kościół jezuitów – słabo dziś widoczny, bo przerobiony). To był taki duchowny trakt Sambora. No i jeszcze ciekawe są głowy królów polskich nad głównymi drzwiami ratusz. Polecam – Sambor to piękne miasto.

  • Anonymous

    Osobę, która napisała poniższy wpis proszę o kontakt z Panem Romanem Wójcickim z Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, który może pomóc.
    Bezpośredni adres poczty elektronicznej do Pana Romana:
    tkpzl@mail.ru
    Pozdrawiam
    Dariusz Czerniawski polonika@wp.pl
    Pan Roman bardzo ma ogromną wiedzę na temat Sądowej Wiszni i bardzo dużo pomaga wszystkim polakom z Sądowej Wiszni i okolic.

  • Szanowna Pani !!!!1
    Jestem zainteresowany kontaktem z p.Romanem z SĄDOWEJ WISZNI -interesuje Państwowym Stadem Ogierów
    istniejacym tam przed Wojną- najlepiej kontakt e-mail.
    Jesli Pani ma zdjecia przedwojenne koszar lub terazniejsze będę zobowiazany.
    z powazaniem
    Paweł fangor
    10 PSK Łańcut