Uzdrowisko Morszyn

Popularność uzdrowisko Morszyn zyskało w okresie międzywojennym. Ale zanim do tego doszło, kurort rozsławiła historia kryminalno-romantyczna z głównym lekarzem, dzierżawcą i kierownikiem zakładu wodoleczniczego w roli głównej.

„Dzień pogodny, widok rozległy. Od wschodnio-północnej strony, przez całą stronę wschodu, aż ku południowi widnieją wzgórza, ustrojone gąszczem lasów, przeważnie szpilkowych. Czuć w oddaleniu ciszę, a z dołu, z werandy gwar żywych lozmów i niekiedy srebrne głosy śmiechów młodszego pokolenia. Zwracając się twarzą i całą postawą na prawo, ukazują się oczom stoki Beskidu, a wpatrzywszy się, po chwili i szczyty tych gór imponujących. Nie stracił nic, kto nie odpoczął z podróży, bo odpocznie z miłymi w umyśle obrazami szerszego widokręgu, które pochwycił okiem.
W takiej to okolicy, wśród warunków klimatycznych jak najlepszych, ponieważ Morszyn ma powietrze podgórskie, a nie jest narażony nigdy na przykre często zmiany i prądy zimne górskich okolic, urządzona jest tutejsza stacja lecznicza pod bezpośrednim kierunkiem dr. medycyny Aleksandra Medweya”.

– tak pisał o kurorcie Morszyn, małym miasteczku koło Stryja, Kurier Lwowski w 1889 r. Trzy lata później Aleksander Medwey zastrzelił w pojedynku Eugeniusza Brodzkiego. Poszło o kobietę, a dokładnie o żonę Brodzkiego.

akt I

Brodzki z Medweyem znali się jeszcze z kawalerskich czasów. Medwey od 1884 r. dzierżawił zakład wodoleczniczy w Morszynie. Brodzki był właścicielem folwarku Borki Małe w powiecie skałackim, sąsiadem siostry Medweya Janiny Bieniedzkiej. Doktor bywał u siostry w Kozinie i tam poznał Brodzkiego. Rodziny były spokrewnione – z Bieniedzkich pochodziła także matka Medweya, a jej córka Janina była jednocześnie  jej… bratową.

W 1888 r. Brodzki ożenił się z Janiną Rudkowską, córką notariusza z Wyżnicy. Młoda żona zaprzyjaźniła się ze swoją sąsiadką i imienniczką . Pan domu miał jednak „ciężką rękę” i  w czasie sprzeczki zdarzało mu się żonę „czynnie znieważać”, po kolejnym pobiciu miała nawet poronić. W styczniu 1892 r. maleńkie dziecko Brodzkich zachorowało na dyfteryt. Wezwana na pomoc przyjaciółka matki nie mogła nic poradzić, tego samego dnia dziecko zmarło. Chorobą zaraziła się także Bieniedzka. Kilka tygodni leżała złożona chorbą w Borkach, a by jej doglądać przyjechał z Morszyna brat-lekarz. Wówczas to Medwey zaobserwował, że Brodzki ma ładną i młodą żonę (jak później skonstatowano w sądzie: „niepospolicie piękną”). Ona także zwróciła uwagę na doktora, mimo, iż był od niej starszy o 18 lat.

Wzajemnej sympatii nie dało się ukryć przed Brodzkim. „Spostrzeżenie to niemile go dotknęło, zwłaszcza gdy znał go z reputacyi, jako człowieka lekkich obyczajów, goniącego za miłostkami”. Kiedy Bieniedzka wyzdrowiała i wszyscy mieli jechać razem do Koziny, Brodzki zmienił zdanie i postanowił, że zostaną w domu. Nie udało mu się jednak zatrzymać żony, która wbrew jego nakazowi pojechała z Bieniedzkimi i Medweyem. Wściekły mąż wysłał jej ubrania i list, w którym napisał, że może się nie pokazywać w domu.

akt II

„Mój kochany! Daremne wszelkie zwlaczania się, bez Ciebie nie ma życia dla mnie, albo serce me pęknie, albo musi połączyć się z Tobą. Czemuż każdy może być szczęśliwy – tylko ja jedna nie mogę – dlaczego, dlaczego??

Już następnego dnia mąż zmienił zdanie i za pośrednictwem posłańca prosił żonę o powrót do domu lub przynajmniej opuszczenie Koziny. Janina nie zamierzała jednak wracać. Po kilkudniowym pobycie u sąsiadów pojechała do Lwowa, gdzie zatrzymała się w hotelu. Dzień później Kozinę opuścił Medwey, który również udał się do Lwowa, spotkał się z Janiną, a później towarzyszył jej w podóży aż do Kołomyi.

Tymczasem Eugeniusz również wyruszył w poszukiwania żony. Nie zastawszy jej we Lwowie, udał się do Wyżnicy, gdzie małżonkowie spotkali się i po mediacji krewnych – pogodzili. Jak się później okazało, były to tylko pozory, Brodzka zaproponowała na jakiś czas separację, argumentując ją swoim stanem psychicznym po śmierci dziecka. Brodzki wrócił do Borek, a jego żona wyruszyła do Lwowa, gdzie miała oczekiwać na paszport dla dalszej podróży do Warszawy. Nie zerwała jednak znajomości z Medweyem, z którym spotkała się po drodze i razem dojechała do Lwowa. Ponoć chciała wyjaśnić mu osobiście, że pogodziła się z mężem, ale dzień za dniem upływał na schadzkach, a Brodzka nie spieszyła się z zakończeniem romansu. Pani Janina rezydowała w hotelu Europejskim, ale bywała częstym gościem w pobliskim hotelu Angielskiem, w którym zakwaterował się Medwey.

Tymczasem Eugeniusz w Borkach odebrał list adresowany do żony, a przesłany z Wyżnicy. Otworzył go i przeczytał. Był to list miłosny, wysłany przez Medweya, kończący się słowami tysiąc całusków dla twojej ślicznej buzi. Natychmiast pojechał do Lwowa.

akt III

„Janeczko moja najdroższa! Bezustanie i jedynie myślę tylko o Tobie, Tęsknota rośnie z każdą godziną”.

Brodzki nie zastał żony w hotelu. Wielogodzinne wysiadywanie w oknie dało za to rezultat – o północy panią Janinę pod hotel odwiózł saniami gentelman, ktory wkrótce oddalił się w stronę hotelu Angielskiego. Brodzki wpadł we wściekłość. Poszedł do pokoju żony, a gdy ta nie chciała go wpuścić, wybił szybę w drzwiach i dostał się do środka. Zaprezentował niewiernej małżonce list i uderzył ją w twarz, po czym poszedł do hotelu Angielskiego. Medwey nie chciał z nim jednak rozmawiać i zmienionym głosem oświadczył przez drzwi, że to pomyłka. Jeszcze tej samej nocy Brodzka porozumiała się z Medweyem wysyłając liściki przez posłańca i o godzinie 3.00, zachwując największą konspirację, spotkali się w umówionym miejscu, skąd pojechali razem na dworzec kolejowy i wsiedli do pociągu jadącego do Stryja. Nie wysiedli jednak w Stryju, obawiając się pościgu, a stację wcześniej i końmi dojechali do Morszyna.

W uzdrowisku para zaczęła snuć dalekosiężne plany. Mieli zamiar wyjechać za granicę, zmienić wyznanie i wziąć ślub (Medwey miał żonę i dwójkę dzieci, ale jego kochanka uważała, że ten problem rozwiążą pieniądze). Po kilkunastu dniach doszły ich słuchy, że Brodzkiej w okolicach Morszyna szuka policja. Znów więc docierając bocznymi drogami do pomniejszej stacji kolejowej udali się pociągiem do Budapesztu, gdzie zamieszkali razem w hotelu podając się za małżeństwo. Tuż jednak przed romantyczną ucieczką Janina… napisała list do męża, prosząc go o spotkanie w Budapeszcie.

akt IV

Eugeniusz nie miał ochoty na spotkanie z żoną, jednak poprosił o pomoc brata. Ten razem z żoną pojechał do Budapesztu, spotkał się z Janiną, a kiedy ta otworzyła przed nimi serce, wyraziła skruchę i chęć powrotu do męża, otoczyli ją opieką. Od Medweya otrzymała list, w którym deklarował: jeśli Cię wbrew Twej woli zabrano, jestem tu, gotówem Cię ratować. Janina jednak tym razem zerwała z nim ostatecznie, zwróciła mu nawet pieniadze, które miał na nią wydać, a następnie z bratem męża pojechała do Krakowa, gdzie zamieszkała w klasztorze nazaretanek z zamiarem wstąpienia w szeregi zakonnic.

Epilog

Brodzki natychmiast po powrocie żony do kraju wysłał do Medweya list, wyzywając go na pojedynek. Ten poczatkowo uchylał się, arrgumentując już trwającym przeciwko niemu postępowaniu karnym. Potem jednak zmienił zdanie. Pojedynek odbył się pod Suczawą, na terenie Rumunii. Brodzki dwa razy chybił. Medwey drugim strzałem ranił a trzecim zabił rywala. Brodzki zreszta chciał zginąć. Wysłał list do żony, w której jej wybaczał. Uważał, że po śmierci dziecka i ucieczce żony nic go już w życiu nie czeka.

 

Sąd

Brodzki został oskażony o „gwałt publiczny”, czyli uprowadzenie żony spod władzy męża, a także o wyzwanie na pojedynek i śmierć rywala, choć twierdził stanowczo, że to on został wyzwany (pojedynki w Austrii były zakazane i karane więzieniem od 10 do 20 lat).

Prasa, a za nią i opinia publiczna, była przekonana o winie Medweya i niewinności innych bohaterów tej historii. Doktora podsumowano krótko: „uwiódł mu żonę i strzelił mu w łeb”. Podnoszone były argumenty, że Brodzki naprawdę nie chciał rozstać się z żoną, a jeśli ją bił, to tylko po alkoholu, i przecież ona mu wybaczyła chwilowe zapomnienie się, mając wzgląd na dobre serce, a tylko porywczy temperament męża. Jego ciotka, zeznając w sądzie, wyraziła przekonanie, że Eugeniusz dostał rozmiękczenia mózgu, bo jakże można kochać żonę i maltretować jej równcześnie  i namawiała Janinę do powrotu. Odradzała mu także pojedynek, uważając, że skuteczniejszy będzie… kij. „Gieniu, zwal Medweya kijem, a potem zapłać mu za to”.

Sam doktor zresztą przyjął dość odobliwą linię obrony, tłumacząc, że bronił tylko biedną kobietę przed rozjuszonym mężem, to Brodzka wpadła w jakiś miłosny szał, a on godził się na wszystko, czego zażądała w obawie przed tym, by nie popełniła samobójstwa. Miała w tym celu wozić ze sobą truciznę. Stwierdził on także przed sądem, że myślał, że okazując jej miłość zdoła ją temskuteczniej od siebie odstręczyć, bowiem należy ona do kobiet, które tylko szorstkiem i chłodnem obchodzeniem się można do siebie przywiązać.  

Widocznie miał rację, bo wychodząca z sali rozpraw Brodzka nawet nie odpowiedziała na jego ukłon.

Doktora bronił młody, ale doskonale się zapowiadający adwokat, Michał Grek:

„Pozostańmy tylko ludźmi, zrzućmy powagę sądową i powiedzmy, że mężczyzna 42-letni uprowadził 23-letnią kobietę. Nie uwierzymy temu sami. Czy istnieje, szanowni panowie, zbrodnia uwiedzenia? (…) Dziś zmieniło się stanowisko kobiety, która była w sferach niższych zwierzęciem, w sferach wyższych aniołem. Teraz niech ona będzie człowiekiem, niech sama za siebie odpowiada, niech sama broni swej cnoty – niech nie wzywa żandarma na stróża. Uprowadzić można dziewicę, ale nie można uprowadzić mężatki, która zbyt dobrze zna misterye miłości.

(…) Istnieje zarzut, że doktor Medwey sam był powodem tego rozpaczliwego stanu rzeczy. Tu jednak stanąć musi na porządku dziennym kwestya moralności męskiej. O panowie, zmieńmy wprzód nasze obyczaje do gruntu, a potem potępiajmy. (…) czyn dr Medweya może być grzechem, ale nie zbrodnią. (…) Panowie, ten człowiek, który siedzi przed wami, to nie zbrodniarz, to grzesznik. Dla zbrodniarza niech istnieje kryminał, dla grzesznika – przebaczenie. Nie karzcie panowie tego człowieka za grzechy całej społeczności”.

Adwokat wystąpił także w obronie instytucji pojedynków, które są nie tylko dawną tradycją, ale także popiera je i niekiedy zmusza do nich społeczeństwo pod groźbą utraty honoru.

Sędziowie przysięgli obradowali przez godzinę. Werdykt był pomyślny dla oskarżónego – sąd uwolnił go od obu zarzutów, jednak niedługo po procesie rozwiązano z nim umowę o dzierżawę uzdrowiska.

źródła:
Gazeta Narodowa. 1892, nr 214 i nast.

 

dodaj do notanika