lwów przewodnik lwów wycieczki lotnisko

Z Ukrainy bez kwarantanny

Pojawiła się możliwość odwiedzenia Lwowa (i innych miast Ukrainy) i powrotu do Polski bez kwarantanny. Warunkiem jest skorzystanie z połączenia lotniczego.

Rząd polski wydał wczoraj rozporządzenie, na mocy którego osoby przylatujące do Polski z wymienionych krajów, m. in. z Ukrainy, zwolnione są z obowiązku kwarantanny. Aby wjechać na Ukrainę z Polski kwarantanna również nie obowiązuje, trzeba jedynie mieć wykupione ubezpieczenie od kosztów leczenia koronawirusa.

AKTUALIZACJA: 2.07 wyszło kolejne rozporządzenie, które znosi kwarantannę dla obywateli PL wracających z Ukrainy (środek transportu nie ma znaczenia), jednocześnie wycofano wcześniejszy przepis zwalniający osoby przylatujące do Polski samolotem. Bałagan, ale wychodzi na to, że Polaków kwarantanna nie obowiązuje,a Ukraińców- tak.

Pamiętajcie jednak, że przepisy to jedno, a realna sytuacja epidemiologiczna we Lwowie, który jest w tej chwili w czołówce zachowań na Ukrainie, to drugie. We Lwowie wciąż nie działają kluby, zabronione są imprezy masowe, w restauracjach może przebywać maksymalnie 10 osób (nie licząc ogródków). Wycieczki ograniczono do 7 osób w grupie.

https://www.strazgraniczna.pl/pl/aktualnosci/8557,Koronawirus-zmiany-na-granicy.html

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
38 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments

W tej sytuacji wracam do planów pobytu w Odessie, zwłaszcza że w tym rejonie jest cztery razy mniej zachorowań niż w rejonie lwowskim.

„Cudze chwalicie, swego nie znacie”.
W takich okolicznościach zdecydowanie polecam Wilno.
;)

Na pewno nadejdzie na to czas. Odessa ma tę przewagę, że jest nad morzem. Ciepłym…

No to powakacyjny lider w lidze C-19 jest już niemal pewny :D

Jadę z mężem 😷 i tylko przy nim skracam dystans społeczny. Poprzednie 5 pobytów w Odessie też trzymaliśmy się z daleka od zatłoczonych miejsc. Tak już mamy 😉.

Dla porównania sytuacja epidemiologiczna w województwie małopolskim i w obwodzie odeskim, stan z 5 lipca:
Małopolska 1851 przypadków, 44 zgony
obwód odeski 1864 przypadki, 24 zgony.
Obwód odeski jest dwa razy większy od Małopolski.
W Krakowie (oficjalnie 780 tys. mieszkańców) – 346 zachorowań, w Odessie (oficjalnie 1 014 255 mieszkańców) – 385 zachorowań.

I jeszcze : 19 zgonów w Krakowie, 10 w Odessie. To tak, żeby obraz był kompletny 😷.

Rok temu pod koniec lipca koleżanka mówiła, że w Odessie straszne tłumy. Przyjechałam tydzień po niej i tłumy zniknęły. I na to liczę w tym roku 😉.
Hm, zawsze podpisuję się ,,Ewa z Krakowa”. Nie wiem, co się dzieje 🤔. Niestety nie da się tego edytować.

To nie czary, niechcący kliknęłam w opcję Lili, którą się podpisałam na pewnym forum 🤣🤣🤣.

Liczę na to, że jednak wolą Zatokę 😉.

Jak najbardziej. Właśnie wróciłam z 3 dniowego pobytu w Wilnie. Mało ludzi, kameralnie i swojsko. Polecam

A jakąś konkretną miejscówkę na 4-5 noclegów mogłaby Pani polecić?
Wybieram się tam za miesiąc, a dawno już nie byłem.

Mieszkałam w hotelu City Gate tuż przy Ostrej Bramie. Cena umiarkowania, śniadanie i parking w cenie. Radzę poszukać na booking.com

Bardzo dziękuję!
PS.
Nie wiem dlaczego w zapytaniu zostałem nazwany tym dziwnym kodem.

Zachęcam również do wzięcia udziału w marszu Polaków z Litwy. Odbywa się od kilku lat w okolicach 3 maja (w tym roku niestety nie było). Piękne i radosne święto naszych rodaków zamieszkujących te ziemie od wieków. We Lwowie coś takiego całkowicie niemożliwe. Można ewentualnie byłoby liczyć na podbite oko.

Pani Joanno, skąd taka konkluzja? We Lwowie są organizowane polskie obchody 3 Maja (proszę poszukać filmów na YT), są polskie procesje, i jeśli mam być obiektywny, to na Ukrainie nigdy nie spotkałem się z niechętna reakcją na fakt że jestem Polakiem, a na Litwie mi się to zdarzyło.

Brałam udział w procesji w ubiegłym roku, niestety polskie pieśni mogły być śpiewane tylko w katedrze i przed ołtarzem w parku. Na ulicach miasta było po ukraińsku. Taka to wolność. Obchody konstytucji 3 Maja to tylko złożenie kwiatów przed pomnikiem Mickiewicza, głównie przez osoby z Konsulatu.To co dzieje się w Wilnie na 3 Maja jest nieporównywalne. Co do Litwinów, to ma Pan rację, że nie wszystko jest w porządku.

Dzień dobry!

Nie wiem jak ze śpiewaniem podczas obrzędów ale ja we Lwowie, jak nie ma epidemii, wszędzie słyszę polski i spotykam się z przejawami sympatii wobec Polaków. Jedynie raz posprzeczałem się z kierownikiem sali w Szkockiej podczas dyskusji historycznej, skończyło się tym, że dostaliśmy kolejkę gratis i rozstaliśmy się w pokoju. Podczas uroczystości na Cmentarzu Łyczakowskim w listopadzie w których uczestniczyłem też nie odczułem żadnej niechęci.

Na Litwie teraz jest lepiej ale jak byłem w 2010 roku czułem się b. niekomfortowo, chyba, że miałem do czynienia z Polakami.

Mój kolega z Charkowa był kilka dni temu z rodziną we Lwowie i mówi, że czegoś mu brakowało, jak pomyślał stwierdził, że to polskiej mowy na ulicach 😀

Pozdrawiam,
Maciej Łubieński.

Wejdźcie za pomocą google na facebook OFMC. Wrzuciliśmy w piątek wspominki porównujące Wilno ze Lwowem w tematach pasujących do tejże dyskusji.
Nie mogę podać bezpośredniego linka, bo wpis się nie ukaże, albo ukaże się za pół roku ;)

Albo nie, tak będzie prościej:

Podróżując po Kresach wielu obieżyświatów podobnie odczuwa różnice pomiędzy Wilnem a Lwowem. Nie chodzi bynajmniej o te oczywiste dotyczące architektury i położenia miast. Mówimy o tym, co nie do końca uchwytne, a mimo to wyczuwalne bardzo wyraźnie. Zwłaszcza przy pierwszym kontakcie.
Wilno zdaje się być zawsze chłodne, nieco nieprzystępne, pełne wyniosłego dystansu. Lwów zaś przeciwnie, choć świadomy swej niepodważalnej wyjątkowości – ciepły, przyjazny, wręcz menelski, jakby chciał się z nowo napotkanym przybyszem od razu zakumplować i go serdecznie przytulić.
Rozważań o powyższym można prowadzić wiele, ale bardzo ciekawie prezentują się odnalezione zapiski z pamiętników sprzed niemal 20 lat obrazujące mniej więcej równolegle wizyty w tamtejszych knajpach. Oto one:

Lwów, październik 2000.
Kończymy robotę. Spotkanie w interesach na remis, ale koniak, którym częstowali bardzo dobry. Wychodzimy na Rynek. Słońce i dwadzieścia stopni. Trzeba się przejść i przewietrzyć. Zapału jednak w nas nie ma, daleko nie zachodzimy. Na Placu Bernardyńskim znajoma knajpa, siadamy. Kelnereczka zjawiskowa, chyba nowa. Zagaduję do niej wschodniacką mieszaniną.
– Aaa, wy Polaki, ja wsjo rozumiju, mówcie po polsku.
Biorę ulubione piwo, ziomek pięćdziesiątkę piercowki, ten trzeci setę czyściochy. Czas na relaks…

Wilno, październik 2000.
Przygotowania do oficjalnych uroczystości. Za nami kilka spotkań. Wychodzimy z kościoła Św. Ducha. Kostucha namalowana w sieni budzi jakieś dziwne wrażenia. Zimno jak cholera. Na rogu Szklanej i Dominikańskiej nowa, zdaje się wypasiona restauracja. Wchodzimy. W aneksiku, który mijamy dwie dziewczyny z obsługi rozmawiają po polsku. Zajmujemy miejsca na klimatycznej antresoli i czekamy. Podbija jedna z nich.
– Labadiena – dygnęła grzecznie mówiąc nam po litewsku dzień dobry.
– Dzień dobry! My też Polacy – uśmiechamy się do niej, bo niebrzydka no i przecież nasza.
– Poprosimy na razie dwa piwa, a potem coś zjemy.
Dziewczyna jakoś tak jakby kamienieje
– Ne suprantu.
Patrzymy z kumplem po sobie kompletnie zaskoczeni. Nie rozumie?!
– Ale jak to „ne spurantu”, nie rozumie nas pani? Przecież przed chwilą rozmawiała pani z koleżanką po polsku…
– Ne suprantu.
– To co, w Wilnie mamy zamówić piwo po rosyjsku, po angielsku?
– English ok.
Zbyt zmęczeni byliśmy, żeby opuścić lokal.
– Two beer, please…

Lwów, październik 2000.
Zjedliśmy solankę, obróciliśmy jeszcze po kolejce – jest wesoło, choć ten trzeci już nieco nam się zważył. Kelnereczka nieco nami zaciekawiona zaczyna się zaprzyjaźniać. Na imię ma Nadja i przyjechała tu do roboty z jakiejś pod tarnopolskiej wsi. Im więcej wciągam jasnego Sławutycza tym bardziej mnie się podoba, natomiast jeszcze bardziej drażni mnie ten trzeci. Wzięliśmy go trochę z przypadku do zmiany przy fajerce. Niby chciał coś przy okazji zobaczyć, pozwiedzać, ale przy gorzale pitej setami realizacja jego zamiarów wydaje się być wątpliwa.
Obok siedzą przy małym piwie młodzi Ukraińcy. Pewnie studenci. Trzeci szuka z nimi kontaktu. Ja z ziomem mamy wstępnie dosyć. Jutro jeszcze sporo zajęć. Spadamy do hotelu. Trzeci mówi, że zaraz do nas dobije. Przysiada się do tych studenciaków…

Wilno, październik 2000.
– Kurwa, żeby w polskim mieście piwo po angielsku zmawiać! To jakiś koniec świata! – mówię do kumpla.
– To jakaś sprawa z drugim dnem, coś czuję – zastanawia się on głośno.
– No, ale piwko pierwszorzędne. Jeszcze po jednym i spadamy. Zjemy gdzie indziej.
Naraz pojawia się inna dziewczyna nieubrana w kelnerskie ciuszki.
– Eta dla was, biezpłatno – rzuca po rosyjsku, stawia przed nami jeszcze dwa takie same piwa, a do nich świeżutki chleb ze smalcem – i błyskawicznie się ulatnia. Niezła konsterna. Gratis? Prezent od firmy? Od tej dziewczyny? Zdrowa trzydziecha, nie ma co…
Chleb pyszny, a już z tym smalcem – niebo w gębie. No dobra, jeszcze tu posiedzimy…

Lwów, październik 2000.
Druga w nocy. Dlaczego dzwoni na stoliku ten cholerny telefon. Podnoszę słuchawkę. Recepcja, zakłopotany damski głos.
– Ja pereproszu serdeczno, pan, no…
Szlag mnie trafi. Odnalazł się ten trzeci. Schodzę na dół. Trzeci w towarzystwie dwóch milicjantów, w spodniach dziura na kolanie, a na czole cudowna śliwa. Tak centralnie jak przeszczepione oko cyklopa. Potwierdziłem, że on to on, ponoć nic nie nawywijał, ale zalał się w trupa. Poszliśmy na górę. Trzeci przepraszająco nawija.
– Jak poszliście to postawiłem im flachę, bo co to za zabawa tam była. Ja nawet piłem nieco mniej. W rewanżu zaprosili mnie na jakąś metę w kamienicy, niedaleko, jeszcze w Śródmieściu. Nawet mi tłumaczyli, że mam stamtąd tramwaj tu i tu, a potem już tylko dwa kroki do hotelu. Ogólnie nic takiego, ale paliliśmy takie dziwne papierosy… No i jak wyszedłem od nich, to jechał już tramwaj, chcę podejść, ale nie mogę zrobić kroku ni w przód ni w tył, chodnik w moment zrobił się długi jak lotnisko, ja jak przyklejony – i nagle, rozumiesz, widzę jak ten chodnik wstaje, podnosi się pionowo i z całej siły wali mnie centralnie w łeb…

Wilno, październik 2000.
Zrobiło się późno, więc się zbieramy. Jutro jeszcze dzień pełen wrażeń i z marszu powrót do Warszawy. Zostawiamy z zapasem nieco hajsu za te browary i wychodzimy. Na zewnątrz przymrozek, powietrze rewelacyjne, jeszcze można się chwilę przejść. Zatoczyliśmy po uroczych uliczkach małą rundkę, wtem wprost na nas idzie ta kelnerka od „ne suprantu”.
– O, dobry wieczór! Czy tutaj też pani nie rozumie po polsku? – zagajam do niej wesoło, bez żadnej spiny.
– Dobry wieczór, rozumiem, jestem Polką, panowie, to taka sprawa, przepraszam, właściciel zabrania nam rozmów z klientami po polsku. Przepraszam, wiem, głupio wyszło.
– Aa, taki numer. Tak myślałem – kumplowi nagle rozjaśnia się oblicze
– A taka pani, blondyna w krótkiej czerwonej spódniczce, co przyniosła nam piwo i zakąskę za darmo to kto? Zna ją pani? Po rosyjsku mówiła.
– To żona właściciela. Rosjanka.
– Czyli to ruska knajpa?
– Nie, on jest Litwinem.
– Nie może być! Co tu jest grane?
– No tak po prostu jest, ale ona po cichu mówi, że ruskie i my powinniśmy się tutaj trzymać razem. Na wszelki wypadek.

Kompletnie zdezorientowani ukłoniliśmy się i poszliśmy w swoją stronę.
Nie tak dawno we Lwowie zaciukano gościa za śpiewy po rosyjsku. Naszych obeszło to średnio.
Dwa inne światy…

***
Oczywiście na fejsa OFMC serdecznie zapraszamy :)

Witam Państwa. Rozwija sie ciewkawa dyskusja. Oczywiście nie zawsze włsne doświadczenia mogą być idealnym odnośnikiem do szerszej oceny sytuacji, ale bywam często i we Lwowie i w Wilnie więc od lat porównuję sytuację. Bez wątpienia udział Litwy w UE hamuje ich nacjonalistyczne nastawienie wobec Polaków i polskich śladów w Wilnie. Na Ukrainie skala przekłamań historycznych jest porażajaca. To co opowiadaja nieraz przewodnicy po mieście woła o pomstę do nieba. Skala przekłamań jest sankcjonowana przez władze centralne i miejskie. Tym poprawnym politycznie przypomnę, że trzy lata temu przez Lwów przesła kilkuset osobowa manifestacja młodych banderowców niosących pochodnie pod hasłem: „Lviv nie dla polskich paniw”. Puki zostawiamy tam pieniądze, albo moga u nas je zarabiać to jest jako tako, ale nie liczcie na zrozumienie. To inny świat i całkowicie inna mentalność.

W Wilnie trochę mnie nie było, ale info cały czas mamy stamtąd z pierwszej ręki, no i część naszego środowiska jest skupiona wyłącznie na pomocy Polakom z Kresów Północno-Wschodnich.
W mojej opinii bardziej zakompleksionego narodu wobec Polaków niż Litwini nie ma.

Wilno dostali w prezencie od Rosjan, i zdając sobie sprawę, że bez tego faktu nigdy by tego miasta nie posiedli doprowadza ich to do paroksyzmów obłędu. Mają stolicę swego rachitycznego państewka w polskim mieście – i nie mogą tego przetrawić. Analogia to Słowacy i Bratysława, nad którą dominuje węgierski zamek, jako pierwszej stolicy Węgier.

Pomijam lwowskie kibicowskie awanturki na Wałach Hetmańskich, w czasie gdy nieposłuszne decyzyjnym wytycznym grupki kibiców Legii „próbowały przyłączyć do Polski Lwów” w czasie naszych pucharowych potyczek na Ukrainie.

Jak jeżdżę tam ze ćwierć wieku – nigdy nie miałem żadnej nieprzyjemnej sytuacji, za to sympatycznych akcentów sporo.

Oczywiście Lwów to także rosyjski prezent dla Ukraińców itd., itp. – ale nie ma analogii (mimo diametralne różnej ilości Polaków na korzyść Wilna) pomiędzy Wilnem a Lwowem z niekorzyścią dla Lwowa. Te wszystkie czerwono czarne manify w przełożeniu na rzeczywistość to wszystko, z przeproszeniem, o dupę potłuc. To margines marginesu. Niefart, że w najważniejszym dla nas miejscu, bo gdyby szczekali sobie w rosyjskim Charkowie, czy tam Odessie (które pewnie w ciągu półwiecza stracą) – mielibyśmy ich w „głębokim poważaniu” całkowicie pewnie niezauważonych.

Panie Pawle!

Charków nie jest rosyjski, nawet ludzików Putina pogonili. Może mają problemy ze swoim językiem i nieco z tożsamością ale do Rosji nie chcą. To akademickie miasto z dużą ilością wykształconych ludzi. To nie Donbas z górnikami i „elementem”. A do UPA stosunek mają taki jak Polacy, mojego znajomego pra babcię upowcy zaciukali bo przyjechała leczyć z Charkowa i była pewnie postrzegana jak okupant. Nie znam Odessy ale z opowiadań wiem, że mimo rosyjsko-żydowskich korzeni do Rosji też się nie spieszą.
Zasadniczo jest przepaść intelektulna pomiędzy Ukraińcami z Zach. Ukrainy i ze wschodu Ukrainy. Często spotykam w PL inżynierów, nauczycieli z Charkowa, Odessy a spod Lwowa prawie zawsze są to ludzie gorzej wykształceni. Choć bliżej im mentalnie do nas.

Moje wspomnienia z wileńskiej knajpy z blinami, poleconej zresztą przez miejscową nauczycielkę, są takie same jak Pana. Po polsku nie, mimo, że prawie wszyscy rozumieją, po rosyjsku też nie, po angielsku z fochem. Ale nie ma się co dziwić, cudem język odratowali to chcą gadać po litewsku. A nuż znów Litwini będą chcieli po polsku albo rusku, w sensie ukraińsku, gadać 😉.
Pozdrawiam,
Maciej Łubieński

Ależ Panie Macieju, odwołałem się tylko do historii obu miast, ich początków.
Wszystko o czym Pan pisze wiem i potwierdzam. Obawiam się tylko, że ci ukraińscy fachowcy ze wschodu z czasem zasilą nasz rynek pracy, również ten specjalistyczny, medyczny i akademicki – a Rosja posługując się niedawną retoryką Putina konsekwentnie będzie realizowała swój plan przy stale słabnącej ukraińskiej państwowości. Obym się mylił, bo naprawdę im źle nie życzę.
Pozdrowionka!

Wg oficjalnych informacji Polacy we Lwowie stanowią poniżej 1% ludności, więc wszelkie informacje jakoby knuli oni razem z Polakami z Polski plany odzyskania Lwowa, każdy myślący człowiek włoży między bajki. Przypuszczam, że normalnie myślący Ukraińcy podzielają tą opinię, ale tutaj najlepiej jakby pani Katarzyna się wypowiedziała? Wiem też że zawsze znajdzie się banda oszołomów, którzy szukają wszędzie wrogów, dlatego nie postrzegam kilkuset miłośników Bandery defilujacych w 800 tysięcznym mieście jako wielkiej siły. Jak już pisałem, nigdy we Lwowie nie miałem żadnych problemów z tytułu bycia Polakiem, nawet kiedy w środku nocy maszerowaliśmy ze znajomymi środkiem Łyczakowskiej, śpiewając Pierwszą Brygadę i inne podobne piosenki. Tak, byliśmy zalani. Zdarzało się, że dla niektórych Ukraińców byliśmy tylko bankomatami, ale więcej było takich z którymi dobrze się razem bawiliśmy, i nie mam na myśli tylko Lwowa, ale też np. Krzemieniec czy Czerniowce. Zdaję sobie przy tym sprawę z licznych problemów trapiących obecnie Ukrainę, ale doskonale pamiętam Polskę z początków transformacji i przebywając na Ukrainie czuję się jakbym miał deja vu, więc daleki jestem od poczucia, że jesteśmy od nich lepsi. Mam nadzieję, że za kilka, może kilkanaście lat będziemy mieli podobne stosunki z Ukraińcami, jakie mamy teraz z Niemcami.

Ogólnie się mniej więcej zgadzam, natomiast jakież to mamy obecnie super-lux stosunki z Niemcami, żeby chcieć w przyszłości tożsamych z Rusinami?
Jak znam Niemców, to my jesteśmy cały czas Untervolk, a co najwyżej śmiesznawy słowiański skansen.
Wyjątkami są tylko staruszkowie odwiedzający swoje Ostpreuβen, których spotykam co roku na Mazurach. Ci mają klasę, że szok, a zawsze im wypominam – trzeba było nie wywoływać wojny, to teraz ja byłbym nad jeziorami u Was :)

W firmie w której do niedawna pracowałem byłem odpowiedzialny m.in. za kontakty z klientami z Niemiec i na spotkaniach z nimi rozmawialiśmy jak równi. Co więcej, podczas prywatnych pogaduszek wychodziło na jaw, że zazdroszczą nam niektórych rzeczy, a najbardziej braku śniadych imigrantów na polskich ulicach. Dalej jeździmy zarabiać do Niemiec, ale te relacje są już diametralnie inne niż w latach 90-tych.

Nie zdążyłem dodać do poprzedniego posta: pisząc o normalnych stosunkach z Niemcami miałem na myśli przede wszystkim brak ciągłego odnoszenia się do spraw związanych z II WS. Dopóki nie wyjaśnimy spraw związanych z naszą trudną historią (czytaj Ukraina nie weźmie odpowiedzialności za zbrodnie UPA i OUN) będzie to zawsze utrudniało normalne relacje.

Aaa, tak, tak…
Porzekadło „bo to Polska, nie elegancja Francja” czas pełnoprawnie zamienić na „to jest Francja, nie Polska elegancja” – z uwzględnieniem Niemiec oczywiście.
My chcieliśmy, żeby w Polsce było jak na Zachodzie mając na wzorzec EWG z lat 80-tych. To była bajka, nie takie szambisko jak teraz. Obecnie to UE powinna dążyć do rozwiązań polskich :)

Urodziłem się w Warszawie niecałe 25 lat po wojnie, więc nienawiść do Niemców wyssałem z wszelkich rodzinnych klimatów. Tak wyszło, wiadomo jak tu było, a cała rodzina wyłącznie stąd. Nie czas na opowieści.
A niemieckie obecne oficjalne najwyższe czynniki cały czas traktują nas jak podludzi, nie mogąc znieść, że trafiła się w końcu ekipa, która walczy o polską podmiotowość, dezorganizując wyznaczoną nam rolę niemieckiego protektoratu.
Nie chcę jednak bajerzyć tu o bieżącej polityce.

Pragnę podkreślić, ze z tymi starymi Wschodnioprusakami dogaduję się genialnie. Podzielam ich tęsknotę z Królewcem, Tylżą i Wystrucią – wskazując swoją za Wilnem, Grodnem, Lwowem, Stanisławowem etc. I oni to doskonale rozumieją. Obarczam ich winą za ten stan rzeczy, a ichniejszych miast będących w granicach PRL profilaktycznie nigdy nie wymieniam, acz wiadomo, że jest tak jak z tym Wilnem i Lwowem – prezenty od ruskich. Ale co zrobić – uwielbiam te tereny, nie oddam :)

Co do relacji z UA – chwilę poczekajmy. Albo pójdą z nami, albo zginą.
AMEN.

PS.

Z ogromną niekorzyścią dla sprawy polskiej.

Witam. Jak aktualnie wygląda sytuacja we Lwowie ? Czy restauracje kawiarnie, Opera sa normalnie otwarte ? Planuje przyleciec turtystycznie po 15lipca.

Dzień dobry. Jak wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym tygodniu planuję wypad do Lwowa (ceny hoteli są obecnie super zachęcające). Jeśli dobrze zrozumiałem wszystkie informacje jakie znalazłem w necie (jest tego taka masa, że można się pogubić), to mogę bez problemu pojechać i wrócić samochodem, nie obowiązuje mnie kwarantanna ani na Ukrainie, ani w Polsce, i w zasadzie jedynym dodatkowym utrudnieniem jest posiadanie ubezpieczenia od kosztów leczenia COVID 19?

Bardzo dziękuję za odpowiedź.

Dzień dobry! Na pewno autem można bez kwarantanny? Coś mi się obiło o uszy, że można ale samolotem. Też się wybieram za czas jakiś i jestem żywotnie zainteresowany.
Pozdr., MŁ

Samochodem też już można, tylko na granicy można się władować w niezły zator.
Ale w sierpniu chyba zaryzykuję ;)

Z Ukrainy na razie bez kwarantanny, ale od wczoraj Ukraina wprowadziła kwarantannę dla Polaków. Trafiliśmy na twz. czerwoną listę krajów przez przyrost zachorowań przez ostatnie dwa tygodnie.
Można zrobić test po przekroczeniu granicy, ale to i tak oznacza kilka dni samoizolacji. Teoretycznie można zrobić test jeszcze w Polsce w okresie 48 h przed przekroczeniem granicy, ale Ukraina nie precyzuje wtedy zasad zwolnienia z samoizolacji. Więcej na visitukraine.today

38
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x
Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest