
początek?
Ciąg dalszy… bo historia ma gdzieś początek. Może powinna mieć i koniec bo formuła się już wyczerpała, ale ochota na pisanie męczy gdzieś podświadomie. Dla siebie.
Początek października 2009 był jeszcze ciepły i słoneczny. W niedzielę, 4-go wybraliśmy się samochodem za miasto, jak zwykle do ostatniej chwili niezdecydowani co do kierunku (gdzie jest mapa? nie ma żadnej mapy? może jest w samochodzie?), w końcu do Krechowa, przez wioski i wioseczki, rozglądając się po drodze za miejscem, w którym warto byłoby kupić kawałek ziemi. Jakie to ma być miejsce? Na razie wiem, że z ładnym widokiem, najchętniej szerokim, więc może na górce? Blisko lasu, bez komarów. Nie przy ruchliwej trasie, ale tak, żeby się dało dojechać miejskim transportem. We wsi, ale na uboczu. najlepiej z chatką, którą można by jeszcze poużywać, zanim się rozsypie. I z sadem.
Nie wiem, czy jestem na to do końca gotowa.
Dwa miejsca po drodze wyglądały całkiem sympatycznie.
Dziś rano grzybobranie, choć bardziej jako pretekst, żeby wstać rano, kiedy jeszcze jest ciemno (dawno nie wstawałam, kiedy jeszcze jest ciemno), ubrać się ciepło na cebulkę i wyruszyć do lasu, rozpalić ognisko… Grzybów nie było wiele, wyzbierane wczoraj. Ale wyjazd był przyjemny. Miło było siedzieć wśród buków i patrzeć, jak słońce podnosi się coraz wyżej i coraz śmielej zagląda między pnie drzew. Dużo przyjemniej, niż obserwować, jak znika z najwyższych koron…













