grupa 89
Zagubieni jeleniogórczycy.
Ta grupa miała przyjechać o 12.oo, potem o 15.oo, potem dzwonili z Winnicy, to już wiedziałam, że nie wcześniej jak o 16.oo, a w rezultacie rozpoczęliśmy zwiedzanie o 17.15. To dlatego, że czekałam na nich pod cmentarzem, a ni, wjeżdżając do Lwowa od strony Tarnopola, na ten cmentarz nie skręcili, tylko pojechali prosto. Dzwoni pilot, co mają robić. A gdzie jesteście? „Z lewej jakiś kościół, nazwy ulicy nie mogę przeczytać, bo za szybko jedziemy. Może by pani wzięła taksówkę i po nas przyjechała.” Nie ma sprawy. Tylko się człowieku gdzieś zatrzymaj i powiedz mi gdzie jesteście.
Zatrzymalli się aż w centrum. Taksówkarz był Libańczykiem, i przy okazji spytał mnie, o co chodzi z tymi Polakami, czemu oni tak jada do Lwowa, bo on tu już mieszka 20 lat, i wciąż tego nie rozumie. Powiedziałam mu w dwóch słowach, a on w podzięce wytłumaczył mi, czemu Izrael atakuje Liban.
Grupa czekała na mnie na Kniazia Romana, z informacją, że o 19.oo mają kolację. Zaproponowałam bez cmentarza, pojechaliśmy pod operę, żeby tam dowiedzieć się, że kolację przesuną na 20.oo, i że jednak bardzo proszą o ten cmentarz. No to zawróciliśmy na Łyczaków.
W międzyczasie dzwonił jakiś człowiek, który im tę kolację tu na miejscu organizuje, i mówi, że restauracja jest na ul. Suworowa. Wiem o co chodzi, ale udaję, że nie wiem. Bo to stara nazwa, sprzed 15 lat. Teraz Sacharowa, a jeszcze kiedyś Wulecka. „Takiej ulicy we Lwowie chyba nie ma? A gdzież to?” „Jak to pani nie wie gdzie. Przewodnik! Przedłużenie Bożenki. „Bożenki?” „No jak pani nie wie, gdzie jest Bożenki, to pani chyba we Lwowie nie mieszka”. Za to pan mieszka. Nadal w ZSRR.
Po drodze zastanawiałam się, jak pokazć cmentarz i zmieścić się w godzinie. Nierealne. W końcu postanowiłam pokazać tylko tych, których nazwiska ludziom coś mówią – Grottgera, Frankę, Szajnochę, Stefczyka, Goszczyńskiego, Ordona, Konopnicką, Banacha, Zapolską i Bełzę. No i Orlęta. A poza tym zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach o które pytali. No i się udało.
Na starówce – katedra ormiańska – rynek tylko przelotem (tym razem koncert był mi na rękę) – katedra łacińska (byla msza, więc kilka minut zyskaliśmy i tu), kaplica Boimów. I przez Rynek do autobusu. Razem godzina.
Jeszcze trochę i będę specjalistką od wycieczek „cały Lwów w godzinę”, jeszcze z kopcem a dokładkę.
To jest właśnie majowy weekend – każdy spóźniony, każdy chce szybko i tylko to co najważniejsze, a ty się człowieku męcz i główkuj, jak to zrobić, i żeby jeszcze był czas na zakupy.
Ale okazało się jednak, że to była całkiem normalna wycieczka, bo kiedy wracałam o 20.ooo do domu, spotkałam Julię, która na pocieszenie poczęstowała mnie informacją, że wczorajsza grupa pani Basi przyjechała wieczorem, ale tak chcieli obejrzeć Lwów, że namówili ją na nocną wycieczkę i chodzili do 3.oo rano.








