Chcą powrotu nazwy Stanisławów
Przedwczoraj do rady miasta Iwano-Frankiwska wpłynęła petycja z prośbą o zmianę nazwy miasta na historyczną – Stanisławów.
Urodziliśmy się i mieszkamy w mieście które jest historycznym i jednym z najpiękniejszych na Ukrainie. Historyczna nazwa miasta która przetrwała ponad 250 lat, Stanisławów, została nadana na cześć syna magnata Andrzeja Potockiego który zginął bohatersko w historycznej i znanej na całym świecie bitwie pod Wiedniem. Przywróćmy miastu historyczną nazwę i pamiętajmy o dokonaniach i zwycięstwach wielkich ludzi.
Petycja powstała dwa dni temu i nie ma na razie zbyt wielkiego poparcia, podobnie jak inne petycje tego samego autora, który domaga się m. in. aby:
- odrestaurować i przekształcić na muzeum miasta lub inną przestrzeń publiczną pałac Potockich;
- wydzielić fundusze na restaurację zabytków znajdujących się w awaryjnym stanie;
- postawić pomnik założyciela miasta, Andrzeja Potockiego;
- zmienić nazwę ulicy Dudajewa na Andrzeja Potockiego;
Współcześni mieszkańcy Iwano-Frankiwska znają starą nazwę miasta i czasem nawet zamiennie ją wykorzystują.








Mogliby ta operację przeprowadzić w ramach modnych raz na jakiś czas na Ukrainie akcji dekomunizacyjnych. Tu gdzieś Lenina rozbiorą, tam znowu pomnik 17-IX obalą, to i z tą sprawą można by zrobić porządek.
Nazwa Iwano-Frankowsk to element rosyjskiej operacji scalania na wieczność Ukrainy z Rassiją.
Oto jesienią 1962 roku, z okazji obchodów trzystulecia istnienia Stanisławowa – czas bracia Ukraińcy wymazać z pamięci tę niegodną nazwę rodem z pańskiej Polski i nazwać nasz i wasz gorod imieniem waszego pisarza (innymi słowy: będziecie pod naszym butem w przyjaźniejszej atmosferze) – wymyślono na Kremlu.
No i jest okazja to odkręcić. Mogę tylko dodać, że pomysł to nienowy.
Co prawda nazwa Iwano-Frankiwsk nadal straszy na mapach swą niedopasowaną do wszystkiego, postsowiecką sztucznością, ale za to można coś porządnego o naszym Stanisławowie poczytać.
Jakoś ponad rok temu wydawnictwo Wysoki Zamek wydało z serii Kresy Kresów książkę „Stanisławów jednak żyje”. Oczywiście kupiłem, ale z powodu natłoku innych pilniejszych lektur przeleżała ona spory czas na półce. Tymczasem, gdzieś niedawno trafiłem na notkę, że jej autor, Tadeusz Olszański, przełożył ongiś z węgierskiego na polski „Chłopców z Placu Broni”, którymi czterdzieści lat temu zaczytywałem się pasjami co najmniej cztery razy. To mnie zmobilizowało i w końcu nie było wyjścia. Czyta się kapitalnie. Piękna opowieść. Książka, której nie wypada zaniechać.
Na m.fotopolska dostępny jest niezbędny Plan Stanisławowa, dobrze obrazujący nam adresy, o jakich się czyta. Dokładniejszą mapę II RP w trakcie tej lektury też warto mieć pod ręką.
No nie ma to tamto, trzeba tam pojechać, zobaczyć to na własne oczy i wypić zimne piwko w jakiejś knajpie przy Sapieżyńskiej, Trzeciego Maja, a może Ormiańskiej. To się ustali na miejscu ;)
Aż się sama sobie dziwię, że nie ma u mnie recenzji tej książki, jest świetna (najpierw trzeba przeczytać 1. część – Stanisławów Kresy Kresów. Trzeba to nadrobić. Gorąco polecam podróż do Stanisławowa, oczywiście po lekturze wszystkich moich wpisów na jego temat!
https://lwow.info/tag/stanislawow/
Autor niestety nie ustrzega się mega błędów typu „obecna Polonia w Stanisławowie”, czy przekoszmarna „repatriacja” odmieniana we wszystkich możliwościach, ale na całokształt poznawczy to nie rzutuje. Świetnie napisane, a jeszcze wspomagane polecanymi wcześniej mapami tworzy klimaty wprost bajkowe, niczym podróż w czasie :)