imieniny Wasyla

Wasyla dopiero jutro, ale świętowaliśmy wczoraj, co zbiegło się z urodzinami mojego mężą, ponieważ według starej, dobrej tradycji, przychodząc na świat sam „przyniósł sobie imię” (urodził się 12 stycznia, a Wasyla jest 14.)

W jego rodzinie zresztą od pokoleń występowały chyba tylko trzy imiona – Wasyl, Andrij  i Iwan.

Dziadek – Andrij Wasylowicz,

ojciec – Iwan Andrijowicz,

brat – Andrij Iwanowicz

mąż – Wasyl Iwanowicz

no i nasz synek, który urodził się dokładnie w Iwana powinien być Iwanem Wasylowiczem,
ale daliśmy mu na imię Wiktor (pierwszy wyłom w tej tradycji, ale przynajmniej na 2gie ma Iwan).

Imieniny to jest ważna sprawa, zwłaszcza jak się nosi imię popularnego świętego (Wasyl) jest takim imieniem, patronem mojego męża jest

Bazyli Wielki, jeden z Doktorów i Ojców Kościoła, biskup Cezarei i metropolita Kapadocji, autor jednej z pierwszych reguł zakonnych, która przetrwała do czasów obecnych (bazylianie), autor tekstu liturgii mszalnej dla kościoła obrządku wschodniego. Bazyli Wielki jest jednym z trójki wielkich teologów wschodu (obok Jana Chryzostoma i Grzegorza z Nazjanzu).

Odchodząc trochę od tematu wielkiego świętego i wracając na nasze podwórko, to uniknąć świętowania imienin raczej się nie uda. Zwłaszcza jeśli jest się pracownikiem dużej instytucji państwowej – obowiązkiem towarzyskim jest wystawienie flaszki, do flaszki zaraz zjawia się chleb, słonina, w wersji wykwintnej kanapki z szprotkami i cytryną. Co ciekawsze, świętują nie tylko noszący dane imię, ale i ci, którzy mają tak „po bat’kowi”, czyli po ojcu – innymi słowy Wayla świętuje nie tylko Wasyl, ale i np. Anna Wasyliwna czy inna Maria Wasyliwna.

My od świętowania specjalnie się nie uchylamy, ale jako że nie jesteśmy pracownikami państwowych instytucji, to świętujemy w gronie rodziny i przyjaciół, i ta data jest już żelaznym punktem nawet w kalendarzu tych najbardziej zabieganych. Zresztą nawet i nabardziej zabiegani i zapracowani, i robiący największe kariery nie dorastają do pięt warszawiakom biorącym udział w wyścigu szczurów. Albo to do nas jeszcze nie dotarło, albo tutaj galicyjskim zwyczajem ludzie bardziej cenią swój prywatny czas.

Wczorajszy wieczór zdominowała dyskusja o wyższości narciarzy nad snowboardzistami („doszczecznikami”, czyli „deseczkowcami”). Przy okazji też wyszło na jaw, że jedni jadą jutro do Tysowca, inni do Bukowela (gdzie na nartach jeździ sam Juszczenko). Mój mąż chyba zaczął z rozrzewnieniem wspominać stare czay, bo w nocy zapytał, czy nie chciałabym nauczyć się jeździć na nartach.

Kolejną ciekawostką ogłoszoną wczoraj, była wymiana drogówki między zachodnią a wschodnią Ukrainą. Jako, że wschód używa na codzień języka rosyjskiego, a zachód ukrainskiego, doszło do komicznej sytuacji, kiedy za lwowskimi kierowcami DAI (drogówka) jeżdzi nieoznakowanymi samochodami, krzycząc przez megafon „astanawities za pawarotam!”, co właściwie można byłoby chyba zignorować, powołując się na nieznajomość języków obcych? Rosyjski nie ma żadnego uprzywilejowanego statusu na Ukrainie.

A, i zapomniałam o najważniejszym. Tutaj chyba wszyscy mają obsesje na punkcie jedzenia, a może tak pojmowanej gościnności. Zaczęło się to wszystko już na naszym weselu, kiedyś jeszcze opiszę…. w każdym razie przed każdą imprezą w naszym domu jest panika, że będzie za mało jedzenia. I ja zawsze się daję na to nabrać. Efekt: cały talerz kanapek, bułeczki z pieczarkami, sałatka z tuńczyka i grecka, zapiekane kiełbaski, naleśniki meksykańskie, ciasto jogurtowe i tort będą nam towarzyszyć przez kilka kolenych dni…

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest