Jeden dzień w Kijowie

Bardzo, bardzo lubię Kijów, choć nie od razu tak było. Pierwsze wrażenie: fuuu. Tak, szłam do tego latami, można powiedzieć. A teraz nie przepuszczę żadnej okazji, kiedy jest możliwość wyskoczyć do Kijowa. Wczoraj właśnie się taka wydarzyła, bo mąż jechał służbowo i zabrałam się z nim. Byliśmy tylko jeden dzień – polecieliśmy rano samolotem i wróciliśmy nocnym pociągiem.

Mąż załatwiał swoje sprawy, towarzyszyłam mu trochę, a potem poszłam na lunch z naszymi przyjaciółmi, Polakami, którzy mieszkają od kilku lat w Kijowie. W Kijowie jest fajne to, że praktycznie nie ma tu restauracji pod turystów. A jest ich masa, i masa świetnych. Jeśli ktoś uważa Lwów za mekkę gastronomiczną, to Kijów jest siedem poziomów wyżej. Jest też drożej, ale w ogóle Kijów jest drogi.

Potem poszłam z przyjaciółką pić kawę „na dachu Chrzeszczatyka” – w barze w CUMie. CUM, czyli Centralny Uniwiermag, wybudowany jeszcze w latach 30., to najbardziej luksusowe centrum handlowe ukraińskiej stolicy. Przeszłyśmy się po piętrach – sprzedają się takie rzeczy, które w Polsce chyba nie miałyby szans. Krzykliwe, kiczowate, zwracające uwagę. Sprzedają się drogo – klapki z imitacją gigantycznego złotego łańcucha – równowartość 2700 zł, tenisówki specjalnie wymięte i brudne – 2150.

Na ostatnim piętrze jest skybar. Wsiadamy do windy, za nami kilu facetów. Najpierw ochrona – zaglądają do kabiny, czy jest bezpiecznie, potem sam boss. Chodzenie po mieście z ochroniarzami należy do dobrego tonu. W skybarze prawie wszystkie miejsca zajęte.

Po drugiej stronie Chreszczatyka jest sklep „Wsi.swoi” (wszyscy swoi), który bardzo lubię – sprzedają tu tylko ukraińskie marki. Nie jest tak drogo jak w CUMie, zawsze można cos fajnego wybrać. Potem dołączył mąż, szukaliśmy w okolicy przytulnego miejsca z kawą, ale nie znaleźliśmy, postanowiliśmy więc jechać na Podół, gdzie byliśmy umówieni z innymi znajomymi na kolację.

Na Podole było mnóstwo ludzi, wręcz ciężko było przejść, jakby odbywał się tam jakiś festiwal. Ale nie po prostu – piątek wieczór. Znajomy zadzwonił, że restauracja, w której się umówiliśmy, nie ma wolnych miejsc. Na takie sytuacje jest w Kijowie wariant awaryjny – Food Market – ogromna hala z jedzeniem, różne kuchnie, wszystko szybko. Do tego obok działa kilka restauracji. Próbowałam chińszczyzny – lepsza niż w najlepszym punkcie we Lwowie.

I tak minął dzień.

0 0 votes
Ocena artykułu
Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments

No niemożliwe! :D

„(…) tenisówki specjalnie wymięte i brudne – 2150”.

Podobne buciki tydzień temu wystawiłem na śmietnik. Pewnie jakiś ruskojęzyczny cwaniak, jakich tu zatrzęsienie, wywiózł je do Kijowa i przytulił w CUM-ie dwa koła PeeLeNów, albo okazjonalnie opierniczył na bazarze za tysiąc pięćset złociszy…

Koniec świata… :)))

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest