niezaplanowana wycieczka

Godz. 9.oo wyjazd ze Lwowa w kierunku Krakowca. Trasa w miarę dobra, pogoda piekna. Po drodze mijamy miasteczko Janów (Iwano-Frankowo).
Godz. 1o.3o Na granicy w Krakowcu ooogromna kolejka, w dodatku nie do objechania. Na decyzję o szybszym przeroczeniu granicy trzeba czekać pół godziny. Decyzja – jedziemy do Szehyni (na mapie brak akurat tego fragmentu, ale w atlasie samochodowym Polski jest jakas droga). Przez wioski, ale – damy radę.

Pierwsza wioska – Gnojnice – wbrew nazwie bardzo ladna, malownicza, piękne stare drewniane domki, dwie drewniane cerkiewki.
Druga wioska – Małnów, i następna – Meleszki. Teren zgadza się z mapą, więc jedziemy dalej. Droga coraz bardziej dziurawa, a ostatni jej odcinek (4km) w atlasie zaznaczony pojedynczą, nie podwójną linią. Damy radę.
Samochodów coraz mniej, mijamy furmanki i motocykle. Po wsiach studnie z żurawiami (u nas nie ma) i płoty z horyzontalnie ułożonych desek. Wasyl nie chce się zatrzymywać, więc zdjęcia tylko przez okno samochodu.


Kolejna wioska. Drogi się rozwidlają – dokąd dalej? Jedziemy. Nowa cerkiewka w sosnowym lasku. Kończy się asfalt, droga coraz gorsza, ale znak (główna droga) upewnia nas, że dobrze jedziemy. Do czasu aż droga nie kończy się definitywnie. Dalej już tylko błoto i chłop w kaloszach. Popatrzył i poszedł. Mija nas pijany. Uśmiechnął się i poszedł. Zawracamy. Na podwórzu staruszka. Pytamy o drogę. Trzeba zawracać i do Mościsk. Drogi do Szehyni nie ma (tej pojedynczej kreski na mapie). Jak to nie ma? Musi być. Pytamy kolejnych napotkanych po drodze ludzi. Niestety – koło cerkwi w Starzawie w prawo i do asfaltu. A tam już jakoś wyjedziemy.

Koło cerkwi odkrycie! Kamienna bramka na skraju sosnowego lasku. Kilka metrów dalej kapliczka (obelisk?). Mogę wysiąść zrobić zdjęcia. Cmentarz z I wojny światowej. Między drzewami kamienne tablice z niemieckimi nazwiskami.

070815-383

Nie ma czasu, jedziemy dalej. Jest asfalt, ale trzeba się zatrzymać – Witek głodny. Dojeżdżamy w końcu do Mościsk. Jest 12.3o.

Potem już jak zwykle – kolejki na granicy, trochę nas przepuszczają (jedzie z nami niemowlę), trochę czekamy. Witek spokojnie znosi niewygody podróży.

Godz. 15.oo
Przemyśl.
Od razu do warsztatu, bo po drodze cos sie stalo z zawieszeniem, niech zobaczą, czy możemy wracać?
Możemy.
Jeszcze tylko sprawy (poczta, jemy szybciutko – ćwiartka chleba, kiełbasa, herbata z termosu, zakupy – cebula holenderska okragła 5kg dla babci) i wracamy.
Uff. Taka wycieczka.

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest