dni Krakowa we Lwowie…?

Poniższy tekst nie jest mojego autorstwa. Zostałam poproszona o publikację z adnotacją „Tylko podpisz jakoś ładnie nie moim nazwiskiem”. I tak Cię rozpoznają, po stylu, drogi anonimowy autorze ;P

 

Ale wcześniej dwa słowa mojego komentarza.  Jakieś dwa tygodnie temu p. Ania G., której dwie córki mieszkają w Krakowie, nagle spytała mnie, czy słyszałam o mających się odbyć niebawem Dniach Krakowa we Lwowie. Nie słyszałam, bo i skąd? Ani żadnych plakatów, ani innej akcji reklamowej raczje nie było. Jeśli była, to chyba jakaś ukryta. Olek też nie słyszał, choć część obchodów miała być w „jego” teatrze, w którym właśnie raczyłyśmy się koniakiem. Zastanawiałyśmy się, kto i dla kogo to organizuje w takim razie. Potem Dni Krakowa odeszły w niepamięć, a teraz o sobie przypomniały.

[divider]*[/divider]

Lwowianie przez uszy zgwałceni czyli według Gombrowicza narodu obrażanie

Dni Krakowa we Lwowie nie ściągają tłumów i nie stają się okazją do poznania kultury polskiej. Zresztą, żadna polska impreza nie zbiera kompletów – chyba, że bilety są rozdawane za darmo. Złośliwi mówią, że gdyby do biletów dodawać kilogram mąki i kostkę margaryny, to nie znaleźlibyśmy tak wielkiej sali dla chętnych w całym mieście. Widzial Lwów imprezy od Kabaretu Moralnego Niepokoju po „Missa pro pace” Wojciecha Kilara, a sale wypełnione 50. osobami z czego połowę stanowili pracownicy konsulatu. Dzięki Bogu mamy ich całkiem sporo. Inaczej oklaski trzeba by puszczać z nagrania.

Niewiadomo dlaczego tak się dzieje. Dlatego pewnie, że Lwów każdą kulturę ma w małym, niedomytym palcu i niczego nowego dla siebie już nie odkryje. Poza tym jest tyle ciekawych seriali w telewizji i trochę buraków do zasadzenia na polu.

Żeby zebrać tłum we Lwowie – to graniczy z cudem i dokonać tego może tylko Paul McCartney na telebimie transmitowany z Kijowa. Kraków z imprezami na żywo pozostaje bez szans.

W tym roku Kraków przywiózł Skaldów, Paulinę Bisztygę i Gombrowicza. Skaldowie zaśpiewali, Paulina również, a Gombrowicz zgwałcił nas przez uszy i przez wszystkie inne zmysły.

Przedstawienie miało rozpocząć się o godzinie 18, co jak wiadomo we Lwowie nic nie znaczy, bo lwowianin bez zegarka żyje i nikt mu nie będzie mówił na którą godzinę do teatru chodził będzie. Punktualnie to tylko wodę w kranie Wodokanał zakręca. Więc o 17.45 widz stoi jeszcze pod teatrem , a o 18.01 zaczyna z godnością rozsiadać się w fotelach. Spektakl krakowskiego teatru Bagatela ściągnął do Teatru Wielkiego zwanego „operą”, a przez dyrektora Edera „świątynią”, trochę ciekawskich, sporo przypadkowych gapiów i garstkę wielbicieli teatru. Wypełnioniono nieśpiesznie parter i balkony. Były Czynniki, Vipy, Ludzie od Kultury w koszulkach polo i klapkach na bosych nogach. Nie odbyło się bez przemówień miejskich urzędników, zapewnieс o dozgonnej przyjaźni i i dążeniu do godnego zorganizowania Euro Tylko We Lwowie 2012 – co powoduje już tylko odruch wymiotny. Bo na zapewnieniach urzędników się kończy.

Kiedy ciemność zapadła i ze sceny padło straszne słowo „pupa”. Zdezorientowany lwowski widz nie od razu zorientował się, że się nie przesłyszał. Trochę przeszkadzały pogłosy rozmów i telefonicznych i wymiana zdań pomiędzy sąsiadami. Ale niestety, niestety, niestety „pupa” zabrzmiała ponownie i zaskoczyła nas wszystkich. I zaczął się sączyć przez uszy, oczy i skórę jad, który zaczął nas ludzi naturalnych i autentycznych deprawować i uświadamiać obcą nam formę istnienia.

I oto rozległ się chichot Gombrowicza: oto zebrał nas na widowni – swoich niedojrzałych bohaterów drobnych, małych i rozrośniętych Józiów, Miętusów i Syfonów, snobujących się Młodziaków, zachowawczych Hurleckich , „kulturalnych” Pimków zakonserwowanych w swoim żałosnym przeświadczeniu o spełnianej przez nas misji dziejowej trwania na placówce (tu wpisz narodowość, wyznanie i przekonania polityczne) i zaskoczył nas nieświadomych w swojej świeżości i naiwności młodzieńczej, nas wszystkich dla których jedynie „Słowacki wielkim poetą był” choć żadnego wersu przytoczyć dokładnie nie potrafimy, ta joj.

Musiało więc stać się co się stało. Chyłkiem a czasem i demonstracyjnie zaczęli opuszczać salę zniesmaczeni lwowianie. Przerwa zwana antraktem pozbawiła nas wszelkich skrupułów. Ruszyli z teatru na prospekt urażeni, obrażeni i zdezorientowani Prezesi, Słuchacze, Komentatorzy i Vipy wyzwoleni poprzez wyjście i bez przyprawionej przez Gombrowicza GĘBY. ..

Litościwy oświetleniowiec nie zapalił świateł na widowni , kiedy zabrzmiały oklaski. Trzy rzędy i kilka lóż na krzyż wypełnionych spragnionymi uświadomienia niedobitkami.

Publiczność lwowska ma wymagania. Nieduże, ale ma. Ma być prosto, zrozumiale, śmiesznie i krótko. Najlepiej ludowa śpiewogra. Bo tu lubią te same piosenki co inżynier Mamoń z Rejsu. Ale niezależnie od tego jak będzie się publiczność bawiła i tak pożegna aktora na owacjami na stojąco. Choć dopiero przed chwilą wybudziła się z dwugodzinnego snu, przerywanego jedynie melodiami telefonów komórkowych i głośnymi rozmowami sąsiadów. Niech wie komediant , że tu bije serce Europy i że potrafi widz docenić sztukę przez duże „S”. Ale Gombrowicz przesadził. Gombrowicza publiczność lwowska nie ścierpiała, było to ponad siły i możliwości nasze albowiem nas obcowanie z z intelektualizmem Gombrowicza wcale nie nobilituje, nie dla nas te przeciwieństwa, bunty i miejsca na pytania elementarne… Chcemy słuchać piosenek, które już znamy. Proszę o tym pamiętać Drodzy Organizatorzy Imprez Kulturalnych Z Kraju i ze Świata.

Do zobaczenia na kolejnych Dniach Kultury Jakiejkolwiek. Czule żegnam :) i dedykuję kawałek z Gombrowicza:

„Ma szczytach nie ma nic, śnieg, lód i skała – natomiast wiele jest do zobaczenia we własnym ogródku” Witold Gombrowicz „Dzienniki”

burza nad Lwowem
tynk leci

zobacz także:

Subskrybuj
Powiadom o
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

z blox:

Pdf mini-guides

Ostatnie wpisy