brak zdjęcia
brak zdjęcia

grupa 84

studenci z Warmii.

Studenci filologii wschodniosłowiańskiej z Olsztyna. Przyjechali z p. doktor, która 10 lat mieszkała w Petersburgu, a wyjazd organizował jeden ze studentów, świeżo upieczony pilot. Trochę się spóźnili przez granicę – jakieś 2 godziny, więc pierwszego dnia (19.04 – So) pojechaliśmy tylko na cmentarz (zaszliśmy do Kętrzyńskiego, ale nic się ciekawego nie dowiedziałam). Zresztą pogoda była „nielotna”, jak się tu mówi. Wieczorem opera, na której, jak się okazało, część zasnęła. Kolejny raz się przekonałam, że jeśli przychodzi się zwiedzać teatr przed spektaklem później niż o 16.45, to nie ma najmniejszego sensu, bo nic sie już nie uda zobaczyć, póki ludzie podzielą się biletami i rozbiorą to już są tłumy.
Następnego dnia (20.04 – N) mieliśmy wycieczkę po zamkach. Tego się obawiałam najwięcej, bo to był mój pierwszy wyjazd z grupą na zamki, i w dodatku miałam się jeszcze poduczyć poprzedniego wieczoru, ale mieliśmy gości i wypiłam za dużo piwa, w związku z czym jedyne, co mi w głowie z tej nauki zostało, to to, że w XVII w. Do wychodka chodzili z bronią, żeby w razie czego – otwory strzelnicze były i tam. Ta wiedza jednak mi się w czasie wycieczki nie przydała.
Wyjechaliśmy o 10.oo w stronę Oleska. Trasa kijowska równa jak stół, kierowca zadowolony, ja też, ściągę sobie zrobiłam niewielką z trasy, więc jakoś szło. W zamkach – myślę sobie – najwyżej wezmę przewodnika. Ale w Olesku nie wzięłam. Tamtą ekspozycję znam dosyć dobrze, poradziłam sobie bez problemów sama, no, może o wszystkich eksponatach im nie opowiadałam, ale chyba było wystarczająco. Potem Podhorce. Tu mogłoby być lepiej, gdyby to była bardziej wymagająca grupa, ale ta była zainteresowana głownie znalezieniem toalety. Okazało się, że jest tylko wychodek koło sklepu (po lewej od zamku), to jak go zobaczyli połowie się odechciało sikać.
Do zamku nie wpuszczają. Obeszliśmy więc go tylko wkoło.
I jako trzeci Złoczów. Tu już spękałam i wzięliśmy przewodnika, który zresztą opowiedział nam niewiele więcej niż sama wiedziałam. Kobitka, która pokazywała nam zamek w czasie wycieczki kursowej, mówiła wiele ciekawiej. Połowa całej wycieczki przy planie zamku – historia i wymiary, potem dziedziniec, i w samym zamku te dwie marne komnatki z czterema obrazami na krzyż i kibelek. I na koniec kamień z dziurką spełniający życzenia. A jeśli życzenie się nie spełni, to oznacza, że pokręciłeś nie tym palcem i musisz do Złoczowa wrócić. Innymi słowy mogę spokojnie sama oprowadzać.
Nie byłam jeszcze pewna czy się z tego Złoczowa prawidłowo wydostanę (raczej byśmy nie zabłądzili, ale jakby – ale wstyd), więc się przezornie dopytałam w zamku innej przewodniczki lwowskiej, którą znałam z widzenia.
A w powrotnej drodze już nic nie mówiłam, bo połowa spała, a połowa oglądała film na wideo.
Wróciliśmy na 17.oo.

Trzeciego dnia było jeszcze piesze zwiedzanie Lwowa, spotkaliśmy się u franciszkanów, gdzie nocowali i pieszo do centrum trasą: Łyczakowska – Wały Gubernatorskie – synagoga Złota Róża – cerkiew Wołoska – pomnik Fedorowa – pomnik Nikifora – kościół dominikanów – apteka-muzeum – Rynek, wschodnia pierzeja – Rynek, południowa pierzeja – katedra – kaplica Boimów – przerwa na obiad – Rynek, zachodnia pierzeja – Rynek, północna pierzeja – kamienica 4 Pór Roku – zaułek ormiański – ul. Ormiańska – katedra ormiańska – Wały Hetmańskie – pomnik Mickiewicza – kościół bernardynów.
Tu pożegnaliśmy się. To był porządnie zwiedzony porządny kawałek Lwowa. Dawno z żadną wycieczką tyle nie zobaczyłam.

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest