brak zdjęcia
brak zdjęcia

grupa 86

Liceum z Prudnika.

Kolejna grupa, która stała na granicy i przyjechała z opóźnieniem (już się tego spodziewałam). Pogoda znów kiepska – deszcz i wiatr. Naczekałam się ich w motelu, bo pobłądzili po drodze, mimo że mówiłam, żeby z obwodnicy nigdzie nie zjeżdżać. A jak przyjechali to niespodzianka – kierowcy mogą pracować tylko do 16.oo. A u nas obiad na 18.oo. No i wszystko trzeba było przeplanowywać – obiad na 15.3o, i zamiast pieszego zwiedzania objazdówka po mieście i cmentarz. Natalia dosiadła się do nas pod św. Jura – też się naczekała, ale przynajmniej nie w deszczu, bo już przestało padać. Na cmentarzu chodziliśy już w dwóch grupach. Ja wszystko skrótowo, co drugi nagrobek pomijam, żeby się zmieścić w 1h 15 min., a i tak na drugą grupę czekaliśmy, i spóźnienie na obiad 20 min. Natalia się rozgadała. A potem jeszcze głupio mi się zrobiło, bo podeszła do mnie i powiedziała, że tak świetnie opowiadam, że wpadła w kompleksy. Za to kiedy ona prowadziła po Łyczakowskiej, to ja wpadłam w kompleksy. Że ona powiedziała i Januszu Wiśniowieckim, a ja o nim nie wiedziałam. Że pokazała herb Sobieskich – Janina, a ja nigdy się nie przyjrzałam, że tam jest. Dopiero potem w domu, i następnego dnia przemyślałam wszystko na spokojnie. Każdy i tak zawsze będzie opowiadał trochę co innego – co jemu wydaje się ważniejsze, ciekawsze. Nikt nie może znać wszystkiego, a nasza wiedza o Lwowie i tak zdecydowanie przewyższa możliwości przekazania jej wycieczce. Następnego dnia był wyjazd do Żółkwi i Krechowa, siedziałam jeszcze cały wieczór i uczyłam się, jak przed egzaminem, Żółkiew przypomniałam sobie dokładnie (raz tam oprowadzałam wycieczkę, 3 lata temu), nawet sięgnęłam do notatek sporządzonych podczas wycieczki z Lubomirem Krawcem, jeszcze w czasie kursów przewodnickich. Wtedy jeszcze czytałam Krypiakiewicza, ukraińskiego historyka, który uczył w gimnazjum w Żółkwi, wiele ciekawych informacji, takich ciekawostek dla turystów, ale już nie miałam czasu czytać (trzeba było wtedy sobie zrobić wypisy). Obudziłam się o 6.oo, jeszcze z zamiarem poczytania o Krechowie, i o renesansowych miastach idealnych w historii architektury. Umalowałam się i pojechałam po nich do motelu (po wczorajszym obawiali się, że nie trafią do centrum). I już będąc tam zorientowałam się, że zapomniałam zjeść śniadania. Natalia czekała w centrum. Przyniosła mi kanapkę i pomidora. Pytam, jak Żółkiew. Skrzywiła się tylko. Pogoda była piękna. W Żółkwi byliśmy umówieni na zwiedzanie kościoła na 11.oo, a przyjechaliśmy o 11.1o (kierowcy bardzo dbali o autobus – nowy, pierwszy rejs). Na szczęście ksiądz Bazyli nie zorientował się, że jesteśmy spóźnieni, bo w kościele jeszcze siedział z poprzednią grupą. Zapytał tylko groźnie, czy byłam umówiona, i na którą. Ale najwyraźniej był w dobrym humorze. Na nikogo nie nakrzyczał, i pozwolił nawet dzieciom robić zdjęcia w kościele, pod warunkiem kupienia u niego „Kuriera Galicyjskiego”. Opowiadał więcej o swoich bolączkach z remontem niż o historii kościoła, ja bym na pewno zwróciła główną uwagę na to, że kościół był świątynią chwały polskiego oręża, a on jakoś ten temat ominął bokiem. Zwiedziliśmy synagogę (klucz w dyrekcji rezerwatu architektury, u pani w czerwonych szpilkach, 1,5 hr/os.), cerkiew, zamek. Ja sobie nawet przygotowałam do przeczytania inskrypcję zdobiącą obraz „bitwa pod Kłuszynem”, ale zapomniałam o tym. Dzieci były zresztą zmęczone i chciały bardziej jeść niż słuchać. Natalia mi płakała w rękaw, że nic nie wie i nic nie umie, ale potem się okazało, że oczywiście umie, i to więcej ode mnie. Całą noc nie spała. Stresująca praca przewodnika. Potem pojechaliśmy do Krechowa, gdzie już tylko obejrzeliśmy szybko klasztor i spacerek do cudownego źródełka. Wiosna w pełni. Było pięknie. W drodze powrotnej Natalia jeszcze chciała opowiadać, ale powiedziałam, żeby dała sobie już spokój, bo młodzież chciała śpiewać. Obiecałam im wcześniej i teraz mi przypomnieli. Więc ja się jeszcze trochę postresowałąm, prezentując swoje umiejętności wokalne przed całym autobusem, w tym przed Natalią, która jest muzykiem z wykształcenia. W każdym razie uważam, że nigdy nie należy zapominać, że ludzie przyjechali na wypoczynek. Dzień zakończył się obiadokolacją przy muzyce, w wykonaniu p. Zbyszka. Pan Zbyszek powiedział, że ostatnia przewodniczka nieźle go wrobiła – obiecała wycieczce, że on wytłumaczy, co znaczy „usia-siusia”, pojawiające się w refrenie jednej z lwowskich piosenek ;)

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest