Grupa 93 chce wracać do Polski
Pierwszy dzień długiego weekendu bożociałowego. Grupa wyjechała spod Warszawy o 6.oo, umówiliśmy się, że z granicy dadzą znać i przyjadę oprowadzić ich po Żółkwi. Zadzwonili, kiedy byłam w połowie obiadu. Więc już bez drugiego, wybiegłam, jeszcze w dodatku deszcz padał, dzwonię do księdza, że grupa już jedzie, a ja będę nie wcześniej niż za godzinę, póki ze Lwowa dojadę. – A gdzie pani jest? – Na placu Halickim. – Jak pani będzie za pięć minut pod kurią, to panią zabiorę.
No to miałam szczęście. Pojechałam sobie wygodnie z księdzem, porozmawialiśmy po drodze, okazało się, że urodził się we Lwowie, koło katedry ormiańskiej. Mówił, że wkrótce rozpocznie się restauracja prezbiterium w kolegiacie, już stoją rusztowania. Pytałam o obrazy – czy Galeria Obrazów im odda „Bitwę pod Kłuszynem”, Chocim i Parkany. Nie ma szans. Proponowali im nowoczesne fotokopie – sam dyrektor pokazywał, jakie ładne, i można chodzić po nich nogami, nic się nie ściera, 100 lat gwarancji. Ale ksiądz się na kopie nie zgodził. A ja jednak myślę, że jeśli nie ma szans na orginały, to dobrze wykonane kopie w rozmiarach orginałów powinny się znaleźć w kościele.
Zajechaliśmy do Żółkwi na 17.oo, był tam jeszcze drugi autobus – Zuza. Poszliśmy wszyscy od razu do kolegiaty, nie słuchałam, co ksiądz mówił, ale Zuza twierdziła, że chwalił się, że remontuje kościół na spółkę z rządem polskim (czy ministerstwem?), a Altomonte to polski malarz.
Zwiedziliśmy też cerkiew bazyliańską (msza o 18.oo, ledwie zdążyliśmy), synagoga tylko z zewnątrz, i zamek tak samo, bo dziedziniec był już zamknięty – z czego morał, że o 17.oo nie ma co już do Żółkwi jechać, jeśli się chce jeszcze coś zobaczyć.
Z Żółkwi pojechaliśmy prosto do Lwowa. Ludzie zmęczeni, bo cały dzień w drodze, jeszcze ten deszcz, a tu obiadokolacja na dwie tury, i jeszcze biuro im powiedziało, że będą w dwójkach, a dostali trójki. Więc niezadowoleni. Ale jakoś się podzielili. Pożegnałam się i pojechałam.
Za pół godziny dzwoni pilotka – grupa niezadowolona, bo dostali za dużo łóżek małżeńskich. Co prawda to nie było wcześniej uzgodnione, ale czułam się winna. Ludzie zdenerwowani, chcą wracać do Polski, albo żebym im znalazła inny hotel (to nic, że wszystko jest zarezerwowane od stycznia). Pertraktacje trwały do północy, hotel zaproponował im „coś na poprawę humoru”, chyba jakieś piwo, i wódka tam były, w każdym razie zostali na 3 dni, i zwiedzali intensywnie, bo pierwszego dnia od 10.oo do 21.oo, a drugiego od 10.oo do 19.oo, przewodniczkę zamęczyli zupełnie. Może chociaż ona im wynagrodziła hotelowe niewygody.








