
konkurs recytatorski Kresy-2008
Marta zapisała się w szkole na konkurs recytatorski. Impreza odbywała się w piątek, wyrecytowała swoje wiersze i poszła do domu. Pół godziny póżniej dzwoni telefon – z informacją od wychowawczyni, że wygrała szkolny etap, i przeszła do następnego, który odbędzie się… nazajutrz. No masz ci. Ja w pracy, mąż w Polsce, trzeba było odwoływać i zamieniać się, rano budzić dzieci i razem z recytatorką i jej bratem dwulatkiem jechać taksówką do szkoły nr 24 (dawna szkoła Marty) na konkurs.
Tam czekała nas niespodzianka. Mnie. Po pierwsze, okazało się, że to nie jakiś tam konkurs recytatorski, a konkurs Kresy, największy konkurs recytatorski dla Polaków za granicą, w którym udział biorą uczestnicy z kilkunastu krajów, a patronuje mu sam Adam Mickiewicz. W tym roku – XVII edycja. Jako, że ten rok jest też rokiem Herberta, to w tle wisiał wielki jego portret. Kilkakrotnie też o tym wspominano. Marta dopytywała, jak to jest – rok Herberta, czy szczura w końcu? Widać, kto jak – jeden spod szczura, inny spod Herberta…
Jako, że na konkurs zjeżdzały się dzieci i młodzież z całej zachodniej Ukrainy (eliminacje dla wschodu odbywają się w Kijowie), to najpierw było śniadanie dla uczestników i ich opiekunów. Potem złożenie wieńca pod pomnikiem Mickiewicza. Gdybym wiedziała, przyszlibyśmy dwie godziny później.
Przesłuchania rozpoczęły się o 12.oo, od najmłodszej grupy wiekowej – do 12 lat. Potem były jeszcze dwie – do 16 i powyżej 16. Do końca nie zstaliśmy, tylko do pierwszej przerwy, bo Witek był bardzo marudny (pora leżakowania), i rozpłakał się na sali na cały głos akurat kiedy Marta występowała.
W domu zjedliśmy obiad, śpiącego Witka zostawiłam pod opieką szwagra, a z Martą poszłyśmy na Cmentarz Orląt, którego zwiedzanie było w programie konkursu. Ich jeszcze nie było, podeszłyśmy do kapliczki, w której dyżurujący dziś p. Krzysztof rozmawiał z jakimś gościem zaopatrzonym w mikrofon. Kiedy podeszłyśmy do nich, p. Krzysztof powiedział: – o, tu, pani opowie. I tamten koleś podsunął mi pod nos mikrofon: – Proszę opowiedzieć historię Cmentarza Orląt. Na mikrofon niech pani nie zwraca uwagi. Jak się okazało, radio i telewizja wrocławska.
W czasie, kiedy opowiadałam, przyszła nasza grupa. Oprowadzała ich Alina. Ciekawe tak znaleźć się po drugiej stronie – jak uczestnik wycieczki. Czegoś nowego można się dowiedzieć, chociaż byłam na tym cmentarzu dziesiątki razy. Po drodze Marta westchnęła: „Chyba nie dostanę pierwszej nagrody…” Usłyszały to idące z tyłu jurorki, i zaczęły ją pocieszać: że nagroda nie jest najważniejsza, że udział w eliminacjach centralnych to i tak duże wyróżnienie (tylko z jej klasy startowało 16 dzieci, do następnego etapu przeszło kilka z całej szkoły), itp. Skończyliśmy już po zmroku.
Następnym punktem programu było ogłoszenie wyników. Ale nie tak szybko. Póki komisja się przygotowywała, na scenę wyszły dwie lwowskie poetki, które czytały na zmianę swoje wiersze – Janina Ponomarczuk i Ola Serhijenko. Jakoś ta poezja mnie nie zachwyciła, i chyba nie tylko mnie, zresztą dzieci były już wymęczone po całym dniu, a ogłoszenie wyników opóźniało się o ponad godzinę.
Marta dostała pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej!
A blondwłosy Jurek, który mnie się osobiście najbardziej podobał, otrzymał tylko wyróżnienie.
Pani z jury (ta na zdjęciu) powiedziała też jedną ładną rzecz: – Dbajcie o wasz kresowy akcent. To nasze dziedzictwo. To jest muzyka, która koi moją duszę.
Poniżej Marta recytuje jeden ze swoich konkursowych wierszy specjalnie dla czytelników tego bloga (wczoraj się bardziej starała – ale co zrobić, jak nagroda już w kieszeni).










