Majówka = kłopoty?

30.04, sobota. Grupa dzwoni rano, że już stoją na granicy. – Nie jedźcie do Lwowa, spotkamy się na obwodnicy – mówię, ale słyszę, że już pili, więc proszę, żeby dali do telefonu kierowcę, któremu na wszelki wypadek powtarzam to samo. Kilka godzin później. Dzwonią: „gdzie się spotkamy? Minęliśmy obwodnicę, wjeżdżamy do Lwowa”.

Zakwaterowanie przebiegło sprawnie, kilka osób zostało w hotelu, część pojechała jeszcze do miasta. – Jeśli będziecie wracać taksówkami, nie płaćcie więcej niż 100-150 hrywien.

1.05, niedziela. Spotykamy się w centrum. Dziś wyjazd do Brzeżan.  W autobusie rozmowy o tym, że jeden zapłacił za taksowkę 800 hr., a inny zostawił aparat fotograficzny, bo nie miał pieniędzy. Proszą, żeby zatrzymać się przy sklepie. – W Brzeżanach się napijecie – mówię, ale w końcu decyduję, że zatrzymamy się w Bóbrce. Sklep z wyszynkiem na miejscu, wszyscy biorą piwo, a niektórzy też wódkę (50 ml – 2,5 hr, czyli ok 80 gr).

Do Brzeżan nie dojechaliśmy. Rozpogodziło się, wyszło słońce. Krajobrazy cieszyły oko. Kierowca chwalił, że dobra droga, lepsza niż od granicy. I właśnie na tej drodze, kilka km przed Rohatynem pękła na wybojach miska olejowa. Jako, że na Ukrainie nie ma pomocy drogowej, próbowaliśmy cos zaradzić we własnym zakresie, ale wszystkie starania okazały się marne i trzeba było wzywać ze Lwowa lawetę. Grupa w tym czasie bawiła się świetnie, niektórzy nawet opalali się przy drodze i odsypiali nocne zabawy. Dobrze, że zatrzymaliśmy się przy sklepie ;) Po dwóch godzinach stanęło jednak na tym, żeby wydzwonić jakiegos busa, zeby zabrał nas do Lwowa. Zaczęłam dzwonić, a w międzyczasie… połowa grupy znikła. – Gdzie oni są?? – Poszli do Lwowa. – 60 km?!

Zabrał nas autobus rejsowy – wszystkich, tamci nie uszli więcej niż kilometr.  Dojechaliśmy do Lwowa, zjedliśmy obiad, zwiedzamy. Dzwoni kierowca: – Przyjedzie pani po mnie na serwis? Część grupy przepadła, na szczęście wiem już, w której knajpie lubią siedzieć.

Kolega odzyskał telefon – zapłacił taksówkarzowi 220 hrywien (!), plus milicji (?), plus na recepsji w hotelu (?).

2.05., poniedziałek. Dzień Batiara. Umówiliśmy się w centrum o 10.00. Pierwsza grupka zadzwoniła o 10.30 przepraszając, że się spóźnią. Do 11.00 było już kilka osób, z którymi rozpoczęliśmy zwiedzanie. Część „pilnowała knajpy”. O 16.30 mieliśmy zabawę przy batiarskiej kapeli. – Gdzie chłopaki? – Będą chcieli, to trafią, wiedzą gdzie i o której. Chłopaków spotkaliśmy po imprezie. – Mówiliście, że na 7.00. – Mówiliśmy: na 17.00.

Dzwoni kierowca: – Odebrałem auto z serwisu. Dokąd jechać? – Na parking, ul. Winniczenki. Dwie godziny później:  – Jestem koło cmentarza Łyczakowskiego, mam do celu jeszcze 32 km?! Turyści: – Chyba jechał przez Sosnowiec…

Do późnej nocy zajęcia w podgrupach – póki nie zamknęli wszystkich knajp.

3.05, wtorek.  11.00, autobus sprawny, z tyłu reklama: „wynajem luksusowych mikrobusów”. Luksusu się zachciało ;) Jedziemy do więzienia na Łąckiego, w którym siedziała jedna z uczestniczek wyjazdu. Hitlerowcy rozstrzelali tam całą jej rodzinę. Po wyjściu z muzeum kilku osób brakuje. Dzwonimy, ale telefon i kurtka zostały w autobusie. Jedziemy bez nich na cmentarz. 100 m od cmetarza znów uderzenie podwoziem… i miska olejowa. – Kapie.Niemożliwe. – Kapie.

Z cmentarza wracaliśmy tramwajem. Części grupy nie ma, nie ma sie jak dodzwonić (telefon w autobusie). Na szczęście siedzieli w knajpie koło parkingu. – Autobus się popsuł. – Żartujecie?! Podszedł jakiś Ukrainiec. – Państwo Polacy? Skąd? Wasz autobus tu stoi? Śmiech.

Kierowca pisze sms: „to troche potrwa, nic nie jest pewne”. Ok. 19.00 pojechali.’

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest