fot. Krzysztof Dobrzański /flickr
fot. Krzysztof Dobrzański /flickr

noc w Nisku (w Nisko?)

Pani z Warszawy wybrała się do Warszawy.

Na granicy NIBY nie ma już kolejek, podkreślam, że niby, bo mimo tego, że czeka 10 samochodów to obsługują jeszcze gorzej niż podczas strajku (czy on się w ogóle skończył? „akcja protestacyjna” nadal wisi). Celnik ukraiński zapytał Wasyla, ile wiezie pieniędzy.
– 1300$.
– Na każdego, czy na wszystkich?
– Na wszystkich.
– A żona nie ma pieniędzy?
– Nie, nie daję jej.
– I słusznie.

Po polskiej stronie przejście wizytował minister, czy jakiś inny ważny-pan-z-czarną-teczką. Przed nim biegło dwóch fotografów, a za nim kilkunastoosobowa obstawa, w tym przedstawiciele służby celnej, którzy pewnie mu pokazywali jak teraz wszystko pięknie działa, jak tylko rząd im obiecał, czego chcieli. Kiedy przechodził, kierowcy stojący od 45 min. przed szlabanem na polską stronę zaczęli trąbić.

***

Czego nie zobaczyliśmy.

Jechaliśmy do Warszawy dłuższą, ale ciekawszą drogą przez Przemyśl, Leżajsk, Opatów, Radom. Po drodze nie zobaczyliśmy Rynku w Jarosławiu, ani żadnego innego zabytku w tym mieście, oprócz jednej secesyjnej kamienicy, która akurat była przy trasie. Nie zobaczyliśmy przede wszystkim Leżajska, z jego kościołem i klasztorem bernardynów (podobno wnętrze kościoła przypomina wnętrze lwowskiego kościoła bernardynów) – z zewnątrz robi lepsze wrażenie niż nasz, także dlatego, że jest zadbany, no i że go widać, nie jest zabudowany ze wszystkich stron. Na pewno ani jedni, ani drudzy biedy nie klepali, co do tego wątpliwości nie ma. Nie zwiedziliśmy też żadnego innego zabytku, nawet cmentarza żydowskiego z grobem cadyka Elimelechela. Nie zatrzymaliśmy się też w Rudniku, który jest polskim centrum wikliniarstwa, ani w miejscowości na G, której nazwa wyleciała mi z głowy, a w której znajdują się dwie niemieckie strażnice graniczne (tędy przebiegała granica niemiecko-sowiecka!) z okresu II wojny światowej. Tylko nam mignęły przez okno.

Ale kara za takie lekceważenie nas dosięgnęła, i to szybko: w Nisku (w Nisko?) zepsuło się coś w samochodzie i zmuszeni byliśmy przenocować w tamtejszym motelu „Gospoda” (polecam), póki niejaki „Prezes” nie uporał się z naszą usterką. A można było przenocować w Leżajsku (pozdrowienia dla p. Lucyny!).

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę rano, nie zatrzymując się po drodze przy ani jednej przydrożnej kapliczce, nie mówiąc o tym, że nie zobaczyliśmy Lamentu Opatowskiego, zamku Krzyżtopór, parku jurajskiego i nawet aż przykro wymieniać resztę. Ale jesteśmy w Warszawie.

Kiedy przejeżdżaliśmy przez Warszawę, doszłam do wniosku, że jest to jednak ciekawe i miejscami ładne miasto. Mijaliśmy takie budynki eklektyczne, że Lwów może się schować ze swoim eklektyzmem („brzydkie miasto w austriackim stylu”), ładne przykłady funkcjonalizmu. W Alejach Jerozolimskich rzucił mi się w oczy napis: „Przez samorząd i pracę do potężnej Polski Ludowej”. – To Tusk ma teraz takie hasło? – zapytał mąż ;)

A, zapomniałam dodać, że póki nie zaczniemy zwiedzać po drodze, najwyraźniej klątwa będzie dalej działała – drugiego dnia też musieliśmy po drodze zajechać do warsztatu – tym razem tylko na 10 minut, ale może to tylko ostrzeżenie?

 

0 0 votes
Ocena artykułu
Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest