fbpx

Byliśmy dziś w ...

Zamszowa marynarka

Byliśmy dziś w teatrze. Ale to dopiero na koniec dnia. Najpierw bowiem byliśmy w Przemyślu – wizyta obowiązkowa ze względu na samochód, ktory trzeba wywieźć od czasu do czasu za granicę.Dokładnie co dwa miesiące. W przypadku naszego samochodu ten termin minął 10 dni temu, ale mój mąż się tym nie przejął, i ze zwykłą sobie niefrasobliwością twierdził, ze to nic, i 20 hrywien załatwi sprawę. twierdził, do czasu rozmowy telefonicznej z urzędem celnym, podczas której się dowiedział, że kara za takie postępowanie wynosi od 8.5oo do 17.ooo hrywien, przy czym mogą skonfiskować i samochód (który, nota bene, nie jest nawet tyle wart). Oczywiście, jak to na Ukrainie, wszystko się udało załatwić, tylko że nie za 20 hrywien, a za 300$. Wystarczył telefon do kolegi, kolegi do znajomego, znajomego do celnika i celnika do pani w budce na granicy. Tam już wystarczyło podać hasło i można było jechać. Płatne we Lwowie. I jak tu wykryć korupcję, przy takiej organizacji?  

Na granicy w Krakowcu niby bez kolejki, a i tak przekraczanie trwa 2 h. W Przemyślu poszliśmy na pocztę, na obiad do „Niedźwiadka” (jeśli ktoś może polecić dobrą knajpę na obiad w centrum, to proszę), ja spotkałam się z p. Alicją, która przekazała wszystkim we Lwowie pozdrowienia. 

W drodze powrotnej zaś, kiedy zastanawiałam się, czy zdążymy odebrać dzieci z przedszkola i szkoły, Wasyl nagle (jak się potem okazało – zupelnie poważnie) stwierdził: mieliśmy dzisiaj iść do teatru. I nacisnął mocniej pedał gazu. Jaki teatr? Nie zdążymy przecież, we Lwowie będziemy o 17.oo, a przedstawienie jest na 18.oo. Nie mamy biletów, nie mamy z kim zostawić dzieci, nie mamy nawet w co się ubrać.  – dzwoń do Olka i do mamy. Olek nam kupi bilety, daleko nie ma. Mama zabierze dzieci. I proszę, wszystko się udało załatwić przez telefon, no prawie wszystko, bo koszulę trzeba było jednak wyprasować osobiście. W teatrze byliśmy o 17.56. 

Sztuka zrobiła na mnie duże wrażenie, zwłaszcza w kontekscie moich własnych doświadczeń (także opisywanych na tym blogu). Cieszy, ze ktoś z takim dystansem może podchodzić do rzeczywistości, w której żyjemy. (Kto wybiera się do teatru, tu należy zakonczyć lekturę).

„Zamszowa marynarka” (Замшевий піджак) to ukraińska wersja życia Józefa K., który w tym wypadku nazywa się Iwan Antonow. Jest on właścicielem zamszowej marynarki, która ma zbyt długi włos, i Antonow postanawia ją nieco przystrzyc. W zakładzie fryzjerskim biorą go za wariata, więc, za namową przyjaciół, udaje się na wieś, gdzie jego marynarka zostaje przystrzyżona przy okazji strzyżenia owiec. Aby jednak nie robić kłopotu owczarzom, Antonow podpisuje, że ostrzyżona zostaje nie marynarka, a jego prywatna owca. Wkrótce potem dostaje wezwanie do Instytucji, aby opłacił podatek za posiadane zwierzę.

W niekończącej się wędrówce po korytarzach i gabinetach, próbując wyjasnić pomyłkę, natyka się na różnych urzędników, poczynając od takiego, dla którego znaczenie ma tylko akt, papier, staytstyka, słowa człowieka nic nie znaczą, inny doskonale wie, że zaszło nieporozumienie, ale twierdzą że nikt się do tego nie przyzna, kolejny pokazuje mu wykresy dowodzące, jak ważna dla państwa jest hodowla, aż po takiego, który mówi mu wprost, że wyjścia są dwa: albo zaplaci podatek, albo kupi sobie owcę. Antonow spotyka też inne postacie: nawiedzonego pożarnika, który konfiskuje grzałki i czajniki, urzędnika ze stażem 44 lata, który cały ten czas wierzył, że nie da się wyłączyć radia w jego gabinecie i pracował w hałasie, ale przyzwyczaił się, bo zmiany mu niepotrzebne, człowieka, ktory utknął w zepsutej windzie i siedzi w niej od dwóch miesięcy, bo Instytucja miała go uwolnić, ale ugrzęzła we własnej biurokracji, jego syn rzucił stiudia i zapisał się na kurs mechaników dźwigów osobowych, żeby uwolnić ojca, bo wszelkie kontakty i znajomosci nie przyniosły efektu. 

Spotyka też dziewczynę, sekretarkę, która jako jedyna wierzy w jego słowa, rzuca pracę w Instytucji i towarzyszy mu w wędrówce. 

Powoli odchodzą przyjaciele: jeden rezygnuje, mówiąc, ze chce miec spokojny dom, zyć normalnie. Po nim drugi, który zaczyna twierdzić, że Antonow na owcę, zawsze ją miał, tylko pragnie to ukryć. Robi wyrzuty koledze, że zawsze był bezkompromisowy, i dlatego teraz nie ma mieszkania, ani samochodu, nawet na uczelni nie zrobił kariery. Jedni mają własne mieszkanie, inni własne zdanie – ripostuje Antonow. Wkrótce kolega staje się jednym z urzędników Instytucji.

Antnonow wraz ze swoją nową przyjaciółką zaczynają zachowywać się tak, jak tego wymaga od nich społeczeństwo: wyprowadzają marynarkę na spacer, pasą ją, głaszczą, przytulają, doją, w czym pomaga im publiczność. Zostają wzięci za wariatów, ale nawet lekarz jest bezradny wobec zaświadczenia, że Antonow jest właścicielem owcy, która na dodatek ma wszystkie aktualne szczepienia. 

Sprawa się komplikuje, kiedy do Instytucji docierają wiadomości o dwojce pasącej owcę w pobliskim parku. Tak nie może być, a owca – której nigdy nie było – musi zniknąć z dokumentacji. Dyrektor wzywa do siebie jednego z podwałdnych – Iwanowa, częstuje go obficie koniakiem, a potem, wmawiajac mu, że obchodzi właśnie urodziny, oznajmia, że na jego cześć kolektyw upiekł owcę, której to zaraz posmakuje. Widzimy pusty stół. Iwanow próbuje protestować, że nie widzi żadnej owcy, ale zakrzyczany przez dyrektora bierze udział w maskaradzie. Najpierw on, a potem cała widownia częstują się wyimaginowaną owcą. I nie do wszystkich może dochodzi, że nie tylko w teatrze bierzemy wszyscy w tym udział. 

(zdjęcia ze strony teatru):

 

pierwsze zetknięcie z biurokratą 

 

zatrzaśnietemu w windzie żona przynosi jedzenie i lekturę 

 

dojenie „owcy” 

 

– ile macie lat, Iwanow? – 56. – Ktos wie? – Nie. – To będziecie mieli 60. Dzisiaj.  

 

– Nie podoba sie wam owca, Iwanow?! 

Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest