lwów wycieczki lwów przewodnik po lwowie

Zakręcony Lwów #28: rokoko dla klasy średniej

Dziś odwiedzimy kamienicę na Łyczakowie, ul. Werchratśkiego (d. Gołąba). Ten kawałek miasta aktywnie zabudowywano na pocz. XX w., a głównym przedsiębiorcą budowlanym, który tu działał (dziś powiedzielibyśmy: deweloperem) był Andrzej Gołąb (niektórzy uważają, że jego żona była pierwowzorem pani Dulskiej). To właśnie jego nazwiskiem została nazwana ulica – wcześniejsza Hoffmana Boczna. Zapolska rzeczywiście mieszkała przy tej ulicy, i to dość długo – jak podaje A. Kallas, od 1913 r. do śmierci w 1921 – początkowo pod nr 7, później pod 15, czy też pod nr 6, jak podaje książka adresowa; – w podobnych kamienicach, wzniesionych w tym samym czasie. Krótki przegląd książek telefonicznych ukazuje przekrój mieszkańców ulicy: pompier, porucznik, kilku profesorów gimnazjalnych, kilka nauczycielek prywatnych, kupiec, kilku urzędników skarbowych, restaurator, kierownik księgarni, adiunkt w namiestnictwie, emerytowany kolejarz, pracowniczka poczty, dwie akuszerki, służący, pomocnik aptekarza. Ówczesna klasa średnia. Z zewnątrz nowocześnie (secesja!), wewnątrz jednak trochę tradycyjnie i bardzo ozdóbkowo.

Klatka schodowa

Wyróżnikiem niemal wszystkich kamienic w okolicy są piękne, bogato zdobione, metalowe drzwi, możliwe, że z pracowni Jana Daschka. Klatkę schodową zdobią cementowe płytki podłogowe, kute balustrady schodów, dekoracyjne „korony” nad drzwiami do mieszkań – ten element dla uniknięcia dodatkowych kosztów mógł być odlewem gipsowym. Szczęśliwie zachowały się polichromie – kiedyś obecne we wszystkich klatkach schodowych, zamalowywane po wojnie jako nieodpowiadające filozofii nowych czasów. Polichromie zdobiły także mieszkania, wykonywali je, dziś dla nas anonimowi – przedstawiciele nieistniejącego już zawodu, malarze pokojowi.

Mieszkania

Dziś jednak zajrzymy jeszcze głębiej: do mieszkania. Mieszkania w tych kamienicach były zazwyczaj 3-4 pokojowe. Pamiętajmy, że nawet dla kogoś takiego, jak samotna Zapolska trzy pokoje to było niezbędne minimum: salon, sypialnia, gabinet – i żadne z tych pomieszczeń nie mogło wymiennie wykonywać funkcji innego; a co mówić o potrzebach rodzin złożonych z kilku osób? Plan typowego mieszkania znajdujemy w ogłoszeniach o sprzedaży nieruchomości (jest to w ogóle plan typowy plan dla Lwowa przełomu XIX i XX w., oglądałam takich mieszkań dziesiątki).

plan mieszkania w kamienicy we Lwowie: okna na ulice (dół) – gabinet i salon, okna na podwórze (góra) – kuchnia i sypialnia. Z kuchni wyjście na balkon, a z niego na klatkę schodową dla służby. Oprócz tego – łazienka i spiżarka. Powierzchnia 90 m2.

Na klatce były dwa mieszkania, drugie z tej pary było większe, miało dodatkowe wejście (na wprost schodów) – ten pokój mógł być wykorzystywany na prywatną praktykę. Wysokość mieszkań była standardowa na tamten okres – 3,5 m. Ogrzewano za pomocą pieców, które w wielu miejscach jeszcze się zachowały (m. in w mieszkaniu z ogłoszenia). Pozwalam sobie, aby zachować ten widok dla potomności, wrzucić zdjęcia z dwóch ogłoszeń, gdzie zachowało się sporo oryginalnych przedwojennych elementów: piece, parkiety, stolarka, klamki drzwi i okien, kafelki w kuchni, zimna szafka pod oknem, a nawet wanna, umywalka w kuchni i kredens:

Nie do końca jasną sprawą jest dla mnie, czy były w tych mieszkaniach toalety. Wiele wskazuje na to, że nie, mimo, że pocz. XX w. to tez początek instalacji kanalizacyjnych w mieszkaniach. Po pierwsze, w tamtych czasach toaleta, zgodnie z normami higieny, była oddzielnym pomieszczeniem, nie wspólnym z łazienką, jak widzimy na zdjęciach. Po drugie, sedes stoi w przejściu, co też wzbudza podejrzenia, że został dostawiony później. W końcu, na klatce, o której mowa, było osobne pomieszczenie na wspólną dla sąsiadów z piętra toaletę – wciąż czynną! – choć wykorzystywaną już tylko przez lokatorów jednego mieszkania, jak mi wyjaśniła przypadkiem napotkana mieszkanka kamienicy.

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
21 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments

Nie na temat.Można już podróżować do Lwowa bez kwarantanny ????

Na dzień dzisiejszy można – nawet miałem w planach wyjazd na weekend, ale kolejki na przejściach mnie zniechęciły. Może za tydzień się to przewali.

Tylko z paszportem dyplomatycznym. Dlatego dziś nie pojechałem, z uwagi na fakt, że nie mogłem się przemycić jako osoba towarzysząca.

Znajomi Ukraińcy też nie mogą wyjść z podziwu dla swoich rodaków, którzy na Sylwestra jadą na UA. Kwarantanna 14 dni po wjeździe na UA i potem taka sama po powrocie do RP. Miesiąc wyłączenia z obiegu.

Skąd info, że jest taki luz?

Dlaczego z paszportem dyplomatycznym? Chwilowo Polska jest na tzw. zielonej liście i można wjechać na Ukrainę bez testów i kwarantanny. Trzeba mieć tylko wykupione ubezpieczenie.

Jest dokładnie tak, jak napisała p. Ewa. Ukraina aktualizuje co tydzień listę krajów, których obywateli nie dotyczy kwarantanna, bez problemu można znaleźć takie info w sieci.

Macie racje, nie dość, że nie sprawdziłem to jeszcze zostałem wymiksowany.

Chyba wypadłem z obiegu :)

Piękne wnętrza, szczególnie polichromie.

Przejdź się tam na spacer, Ewo.

Polecam 😉

Jak tylko dotrę wreszcie do Lwowa…

Niedaleko na Pijarów vis a vis szpitala jest klimatyczny barek. Nietypowo jak na siebie, polecam tam zajrzeć na kawę z rogalikiem. Może głodny byłem, ale wyjątkowo mnie ten zestawik tam przypasował :)

Też się chętnie dowiem, gdzie konkretnie?

Last edited 2 miesięcy temu by Katarzyna Łoza

Niestety, Kasiu, nie pamiętam ani jego nazwy, ani numeru budynku, a o obecnym adresie nie mam pojęcia.
To odcinek pomiędzy Głowińskiego a Hausnera. Wizyta przypadkowa, w marcu 2018 zagnał mnie tam rozkręcający się właśnie deszcz w trakcie wędrówki z Rynku na Cmentarz Łyczakowski.  
Osobliwością były stojące miejsca do konsumpcji przy wejściu do toalety. Tu kolejka do kibla, a obok dziewuszki zajadają ciasteczka co i rusz spoglądając przez uchylane drzwi na sanitariaty :)
W środku było mnóstwo młodych dziewcząt, zapewne studentek.
No i nie wiem, czy wydałem tam całe pięć złotych :)
Trudno będzie nie trafić. Mam nadzieję, że się do tej pory uchowali.        

W pierwszym wpisie jest podana Pijarów, czyli obecną Niekrasowa. Z opisu lokalu i menu wyglądało mi to na Lvivski Croissant i chyba to jest dobry trop bo taki lokal tam się znajduje. Mój ulubiony fastfood na Ukrainie🙂

 

Ale to bardzo proste, Kasiu: na Pijarów vis a vis szpitala pomiędzy Głowińskiego a Hausnera.

Nie połączyłaś kropek, a Pan Tomasz, a i owszem :)

Sorry, nie przyszło mi do głowy, ze może chodzić o Lvivski Croissanty :O

Za Chiny Ludowe nie kojarzę takiej nazwy, ale jak widać ostatecznie naprowadziłem dobrze :D

Lvivsky Croissant to sieciówka, która moim zdaniem jest naprawdę udanym pomysłem. Pierwszy lokal otwarli chyba że 3 lata temu (ja przybajmniej nie kojarzę ich z wcześniejszego okresu) i w tej chwili bardzo się rozrośli i mają lokale też poza Lwowem. Jeden widziałem np. w Drohobyczu. W Polsce nie mają oficjalnej franczyzy, ale w Krakowie pojawiły się już naśladownictwa i to praktycznie w skali 1:1. Oficjalnie działa za to u nas Pijana Wiśnia, ale klimat zdecydowanie nie ten co na Rynku we Lwowie, gdzie atrakcją jest tramwaj zganiający dzwonieniem ludzi stojących na torach przed lokalem🙂

Last edited 2 miesięcy temu by Tomasz

Mało wysiaduję po knajpach, więc nie zwracam na nie szczególnej uwagi – niemniej po lekturze rozdziału o Heniu Zbierzchowskim w „Ostatnich latach polskiego Lwowa”, takiego na ten przykład ATLASA z przyjemnością obdarzyłbym swoim patronatem, przywrócił do prawilnego stanu i zamontował tam sobie stałą miejscówkę :D

Ogólnie jednak nie wybrzydzam. Bardzo mnie było dobrze w takiej zwykłej, acz przestronnej garmażerce gdzieś w rejonach Kętrzyńskiego, Lwowskich Dzieci i Raszyńskiej. Smaczne pierogi, pyszny barszczyk i zaświatowe beczkowe Czernichowskie, do którego jakoś nie mogę przestać tęsknić :)

Czego chcieć więcej?

;) 

Obecny Atlas to skansen dla turystów – coś jak Jama Michalika w Krakowie. Brak klimatu, jedzenie nie powala i jest drogo. Przed pandemią było kilka fantastycznych knajp we Lwowie i mocno trzymam kciuki za to, żeby przetrwały.

Ostatnią knajpę, taką naprawdę z „klimatem”, jaką zapamiętałem, to był kaszubski Mulk gdzieś pod Gdynią. Miejscówka pierwsza klasa i żarcie prima sort :)

Co do Atlasa to wpadam tam głównie na jedno szybkie jasne pełne. Raz jadłem śniadanie. Musiałem zamówić „angielskie”, z uwagi na fakt, że nie byli w stanie zrobić mi zwyklej jajecznicy na szynce, czy w ogóle jakiejkolwiek, niemniej zjeść się dało.

Również nie jestem fanem obecnego „pietyzmu Kostyrki”, wywaliłbym to wszystko w kosmos i zrobił porządek – w pierwszej kolejności wróciłby napis przed wejściem: „Kto nie zaznał pijaństwa ni razu, ten nie jest godny, by zwać się człowiekiem” (czy jakoś tak) :D

Ale, wiadomo, pomarzyć zawsze można… :)

21
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x
Visit Us On FacebookVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest