Konsulat zorganizował taką imprezę, już po raz drugi – pierwszy był dwa lata temu. Idea jest taka, że na Dzień Dziecka zjeżdżają do Lwowa dzieci z polskich rodzin z różnych miejscowości położonych bliżej lub dalej od Lwowa, mają wycieczkę po mieście, wizytę w McDonaldzie, a po południu przedstawienie w gmachu Opery. W obchodach bierze udział ok. 1000 dzieci. 

Marta poszła ze swoją klasą, ja pracowałam jako przewodnik-wolontariusz. Tym razem konsulat dał nam dużo swobody, w porównaniu do poprzedniej imprezy, kiedy wszystko było rozpisane co do 15 minut – miałam tylko o określonej godzinie być w McDonaldzie i pod pomnikiem Mickiewicza, resztę czasu mogłam zaplanować dowolnie sama. 

Moja grupa miała numer 1, przyjeżdżała chyba pierwsza, o 8.oo, pociągiem. Dzieci były z dwóch parafii na Bukowinie – Piotrowce Dolne i Stara Huta. Przyjechały z siostrą i opiekunkami. Obawiałam się, czy będą się porozumiewać po polsku, ale okazało się, że polski znają doskonale, a mówiły piękną gwarą bukowińską, która jest mieszanką gwary śląskiej, XVIII-w. polszczyzny i innych naleciałości. Bardzo miła dla ucha, choć nie zawsze łatwa w zrozumieniu, czego siostra, pochodząca z Polski doświadczyła na początku swojego pobytu tam. Jakaś dziewczynka coś jej opowiadała, opowiadała, a ona nie mogła zrozumieć sensu. W końcu dziewczynka popatrzyła na nią i spytała: „a wyście to się na pewno w Polsce rodzili?”   

Powinnam była zacząć jednak od tego, że jakiś miałam pechowy dzień. Źle sobie wczoraj ustawiłam budzik i wstałam przekonana, że mam mnóstwo czasu. Wyleciałam jak oparzona z domu o 7.45. Taksówka, i zdążyłam, na styk. Pod dworcem miał czekać autobus, miałam telefon do kierowcy. W telefonie była jednak pomyłka, i odebrała jakaś pani, która nie miała o niczym pojęcia. Jakoś się odnaleźliśmy, a kierowca na starcie pyta mnie o umowę z firmą turystyczną. Ja kwadratowe oczy, a on, okazuje się, nic nie wie, ani dla kogo pracuje, ani po co, nic. Poradziłam mu, żeby zadzwonił do tego, kto go wynajął i dowiedział się, bo, a nuż, pracuje jako wolontariusz, jak ja? To go zdopingowało. 

Pojechaliśmy zwiedzić cerkiew św. Jura, poprosiłam, żeby stanął przy chodniku, żeby dzieci nie musiały wychodzić na ulicę. Dobrze, dobrze – a staje przy wysepce na środku skrzyżowania. I cały dzień były takie atrakcje – potem brakowało mu czegoś w papierach i tłumaczył się, że ma, doniesie, potem wiózł nas naokoło przez korki, bo mu się krótsza droga nie podobała, i tak dalej. 

Pod cyrkiem był punkt zaopatrzeniowy, gdzie dostaliśmy koszulki z logo imprezy, książeczki, biało-czerwone szarfy i wodę. 

Następny punkt – McDonalds. Dla dzieci atrakcja, moja grupa ma najbliższy taki zakład w odległości ponad 300 km od domu, więc nieczęsto bywają. Tymczasem dzwoni mój mąż: „czy mogłabyś przyjść i otworzyć nas, bo zamknęłaś drzwi wychodząc, a ja nie mam klucza”. Rzeczywiście, wybiegając rano z domu zamknęłam pewnie drzwi automatycznie, można je otworzyć od wewnątrz, tylko trzeba mieć czym. Zła byłam, ale pobiegłam, co było robić, jeszcze Marta o mało się nie spóźniła na zbiórkę. Dobrze, ze blisko mieszkamy.

Potem pojechaliśmy na cmentarz. Tam spotkaliśmy pana, który najpierw był bardzo miły, przedstawił się, jako twórca przedstawienia, które będzie wieczorem, a na koniec z głupia frant powiedział „oprócz tego, że jestem dyrektorem, to jestem też posłem. Rządzę Polską”. Tacy ludzie rządzą Polską.

Na cmentarzu trafiliśmy akurat na moment, kiedy przyjechała p. Kaczyńska położyć wieniec, i nas zaangażowano do robienia jej tła. Oczywiście ona tego wieńca nie kładzie, tylko kto inny kładzie, a ona tylko poprawia szarfę i wtedy robią jej zdjęcia. We wszystkich serwisach informacyjnych pisali, że p. Kaczyńska zwiedzała cmentarz. Ja dziękuję za takie zwiedzanie. Przeszła bez zatrzymywania z obstawą, zza której nic nie widziała (ona drobniutka jest), poprawiła tę szarfę, i z powrotem.  

Następnie pojechaliśmy na Wysoki Zamek. Jeden chłopczyk upadł tam przy schodzeniu i potłukł się, potem zrobiło mu się słabo i ręka mu spuchła. Na szczęście w centrum już czekała karetka (na wszelki wypadek, tysiąc dzieci w operze), więc go tam obejrzeli, prześwietlili, na szczęście okazało się, ze to nic groźnego. 

Reszta grupy w tym samym czasie poszła asystować przy składaniu kwiatów pod pomnikiem Mickiewicza. Zastanawiałam się, komu to jest potrzebne, bo chyba nie dzieciom, ani tej biednej Kaczyńskiej, która po takim „zwiedzaniu Lwowa” jest pewnie teraz nie mniej wykończona niż ja. Czekaliśmy kilkanaście minut w słońcu, i to tylko dlatego, że przez ten wypadek się sporo spóźniliśmy. Prezydentowa spóźniła się jeszcze bardziej sporo. A Ci, co byli o czasie… 

Po pomniku mieliśmy jeszcze zwiedzać, ale dzieci już były wykończone i należał się im odpoczynek. Poszliśmy więc do spożywczego po lody i zjedliśmy siedząc na ławeczkach na Starówce. Ze zwiedzania zwiedziliśmy tylko katedrę i kawałek Rynku, i poszliśmy do teatru na „Pyzę na polskich dróżkach”.

 

A my, przewodnicy-wolontariusze, zebraliśmy się przed teatrem, gdzie grała orkiestra dęta, i zaczęliśmy sobie opowiadać, kto jakie miał przygody. Wygrała Teresa, w jej grupie było dziecko, które przy wejściu do teatru zapytało: „a w tym zooparku jest dużo zwierząt?”. 

Przesiedziałyśmy trochę w knajpie, która mieści się w piwnicach opery, a potem ja wyszłam zapytać, ile jeszcze będzie trwało to przedstawienie, i akurat wpadłam na Kaczyńską wychodzącą. Rękę mi uścisnęła. Wyglądała ona dość sympatycznie, na taką skromną i pogodną. 

 

Bardzo mile będę wspominać bukowińskie dzieci. Miłe, grzeczne, serdeczne. Kiedy byliśmy w katedrze, opowiadałam im o ślubach Jana Kazimierza i mówię, że kiedy będą starsi, to może przeczytają o tym w „Potopie”. A tu mnie jeden chłopczyk szturcha z boku: „proszę pani, proszę pani, a ja mam tę książkę. Mnie wujek podarował. Ona taka gruba”.  

 

01

wróżka Elwira zawiadamia
przychodzi baba do lekarza

zobacz także:

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

Pdf mini-guides

Ostatnie wpisy