10+ years challenge: Rynek

By Published On: 22 kwietnia, 2020Categories: zdjęciaTags: , 48 komentarzy on 10+ years challenge: Rynek

Na zdjęciu powyżej możemy podziwiać lwowski Rynek takim, jakim zna go większość z was – to zdjęcie współczesne. Poniżej zdjęcie z 2004 r., które zrobiłam jeszcze przyjeżdżając do Lwowa turystycznie. Niestety, jest ono słabej jakości (miałam wtedy pożyczony od kolegi aparat cyfrowy „mydelniczkę”, który robił bardzo słabe zdjęcia, ale za to dużo). Zwróćcie uwagę, że to jeszcze czasy, kiedy na Rynek można było wjechać samochodem (zabroniono tego w 2006 r., choć i dziś wiele osób ten zakaz ignoruje).

rynek we Lwowie, 2004 r.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to zmiana kolorystyki. Praktycznie wszystkie kamienice po na północnej pierzei Rynku, którą widzicie, zostały od tego czasu odmalowane (niektóre po kilka razy). Niektóre zmieniły kolorystykę radykalnie, ale przede wszystkim zrobiło się bardziej zróżnicowanie i bardziej pstrokato. Dawny rynek miał stonowane kolory, głownie w palecie sepii, nieco przybrudzonej zieleni. Niestety, we współczesnym Lwowie badanie autentycznej kolorystyki wciąż należy do rzadkości. 

Największą zaletą tamtych czasów było użycie na fasadach tynków wapiennych, które starzeją się szlachetnie – z biegiem czasu powierzchnia ściany robi się nierównomierna, nieco jaśniejsza w jednych miejscach i ciemniejsza w innych, urozmaicona. Nasz mózg podświadomie woli takie powierzchnie, niż pomalowane jednolicie, gdzie nie ma na czym oka zawiesić. Właśnie takie tynki w połączeniu ze słońcem w dużej mierze stanowią o atrakcyjności miast południowej Europy. Po drugie, współczesne syntetyczne farby nie oddychają, i jeśli budynek ma jakieś problemy z wilgocią (a 90% budynków we Lwowie ma), to farba będzie odchodziła z fasady budynku całymi płatami, co nawet widać na załączonym obrazku (biało zielona kamieniczka z balkonem).

Tu jeszcze jedno zdjęcie, gdzie można przyjrzeć się dokładnie jednej z kamienic na tej pierzei. Tutaj akurat dobór kolorów fajnie podkreśla plastykę fasady. 

2004

2020

 

Święta w czasach zarazy
Osiedle spółdzielni "Własna Strzecha"

zobacz także:

Subskrybuj
Powiadom o
48 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

Pamiętam lwowski Rynek z 1990r. – zdjęć niestety nie mam, ale niewiele się różnił od tego na Pani zdjęciach z 2006r. Bardzo wyraźnym wspomnieniem jakie mam z tamtej wizyty jest kryzys papierosowy – w sklepach nie było papierosów, i do każdej osoby z papierosem podchodziło w trakcie jego palenia kilka innych prosząc o poczęstowanie.

Ja mam akurat ten przywilej, że ze Lwowem jestem związany rodzinnie – moja rodzina przeżyła w tym mieście całą okupację sowiecką i mieszka tam do dziś. Podczas pierwszej wizyty w 1990 właśnie, mieszkałem u nich na dawnej ulicy Tiereszkowej. Pamiętam jeszcze kwas i piwo sprzedawane z cystern (kwas dalej tak można kupić, jadąc na wschód od Lwowa), oraz wizytę w najlepszej wówczas restauracji na Rynku 'Pod Lwami’. Żeby do niej wejść musieliśmy odczekać kwadrans na zewnątrz, a potem dookoptowano nas do stolika, przy którym siedziały już dwie, mniej więcej trzydziestoletnie panie. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy co chwilę zamawiały po czterysta gram wódki, którą łoiły bez skrzywienia:) Ważyły się wówczas losy niepodległej Ukrainy, i było to widoczne na mieście. Pamiętam jeszcze, że taksówką był praktycznie każdy samochód osobowy, wystarczyło zamachać ręką i zaraz się jakiś zatrzymywał. Jazda kosztowała grosze.

Mam dużo zdjęć ze Lwowa z grudnia 1997, tylko nie mam w tej chwili pomysłu gdzie ich szukać. Organizowałem pomoc dla polskiej szkoły w Borysławiu i po drodze zatrzymaliśmy się we Lwowie na spacer, który mocno się przeciągnął.

Były tam fotki właśnie z Rynku, Wałów Hetmańskich, rejonu Gródeckiej i Placu Bilczewskiego, Cmentarza Orląt z grobami tuz przy ulicy oddzielonymi murem od reszty… Wszystko pod śniegiem. Gdyby na te zdjęcia Kasi z 2004 roku nałożyć poświatę przybrudzonej bieli przechodzącej w szarość, to taki właśnie wtedy widziałem Rynek. Całość sprawiało wrażenie miejsca opuszczonego przez prawowitych gospodarzy, w którym obecnie żyjący ledwie się odnajdują.

Do tego dochodziło poczucie zawieszenia w czasie, jakby on naprawdę się zatrzymał. Późniejsze wizyty w różnych mieszkaniach, gdzie w niektórych wszystko wyglądało tak, jakby ktoś właśnie sobie zrobił herbatę, na przykład w 1944 roku – i na chwilę wyszedł, a gdzieś w czasoprzestrzeni umknęło ponad pół wieku i za tym samym stołem z tą samą serwetą też siedziała siwa babuleńka, tylko już nie za bardzo mówiła po polsku… – tylko ugruntowywały to uczucie.

Lwów tamtych lat wyglądał jak swój własny grobowiec. Próżno było szukać klimatu opisywanego dziś w rozlicznej literaturze. A jednak z miejsca stał się najpiękniejszym miejscem na Ziemi jakie widziałem. A że sam pochodzę z Miasta Którego Już Nie Ma – takim dla mnie pozostał i już zostanie na zawsze.

Cóż… Dzisiejszy Rynek jest jaki jest. Jak ktoś widzi po raz pierwszy raczej na pewno rozczarowany nie będzie. Lubię go takim jaki jest. Ale te odpacykowane po wschodniacku fasady to tylko doraźny makijaż. Wystarczy usiąść przy piwie, czy kawie, dajmy na to, w „Atlasie” – jest tam okienko wychodzące na podwórze. I widzimy zbliżający się dramat. Trudno nie odnieść wrażenia, że przy pozostawieniu tego stanu rzeczy samemu sobie, za następne sto lat nie będzie tam czego zbierać.

Ależ… :)

Oprócz tematów związanych z pomocą Polakom na Wschodzie było wiele wariackich wypadów np. na majówki 1998-2001, albo stricte wakacyjnych w lipcu, czerwcu w tym okresie.
Wtedy Lwów jawił się jako wulkan. Upał, gorąco, falujące powietrze przełamane spalinami ruskich ciężarówek zdolnych przepalić zużyty olej opałowy :) Knajpki pełnie pięknych, skąpanych w słońcu dziewczyn. Pamiętam taki kadr – stoimy przy Hetmańskiej obok „Wiedeńskiej” – i mówię do Chłopaków – Przejechaliśmy ledwie 400 kilometrów, a stoimy na przedprożu Bałkanów… :)

W 2001 roku pojechałem tam z dziewczyną, która pierwsze samodzielne kroki dorosłości stawiała w Londynie, Berlinie i Paryżu. Że niby wszystko już widziała, co jest w świecie do zobaczenia. – Gdzie ty mnie do jakichś ruskich ciągniesz, oszalałeś?!… No to najpierw była szybka akcja edukacji historycznej przy użyciu stosownej mapy z normalnymi granicami, a potem wsiedliśmy na Zachodniej do PKS-u.
O 5-tej rano wysiedliśmy na tyłach Teatru Wielkiego. Udało się uchwycić herbertowskie „trwanie wież o świcie”… Patrzyła na to zszokowana, z niedowierzaniem, oczarowana, niema, z szeroko otwartymi oczami. Szepnąłem tylko – „a to Polska właśnie”, a ona wzięła mnie za rękę i poszliśmy przez bezludne Wały na puściutką Akademicką, i cały czas robiła zdjęcia jakimś drogim, zachodnim aparatem…
Opowiadać można bez końca… :)
;)

Na Akademickiej zaraz za Nowym Szprecherem był taki, o dziwo otwarty, mini barek. Kupiliśmy tam sobie po ledwie schłodzonym piwku i sączyliśmy je na jednej z tamtejszych ławek. Do rzeczywistości przywróciła nas babuszka z przenośnym odkurzaczem zgrabnie wybierająca niedopałki i drobne śmieci ze szczelin chodnika.

Poszliśmy do George’a wziąć jakiś pokój i zostawić niegroźny plecak z ciuchami na jedną noc. W recepcji jednak zrobił się problem, bo to jeszcze nie doba hotelowa, dopiero od 12.00, a w ogóle to nie wiadomo, czy będzie pokój. Obśmiałem ich, jako że ewidentnie chcieli skubnąć na boku hajs i podreptaliśmy ul. Legionów na Pełtewną. Za Teatrem Wielkim stoi taki klasyczny sowiet. Hotel Lviv. Wiedziałem jak z nimi gadać, bo byłem tam „w sprawach” dwa tygodnie wcześniej. Chwilę później mocowaliśmy się już w dwuosobowym pokoju z zestawianiem łóżek… :)

Przed wyjazdem sporo opowiadałem mojej Madame o tym jak seksowne są młode Ukrainki. Obiecała mi, że je wszystkie przebije wygrywając z nimi mecz na wyjeździe – czyli tu na miejscu we Lwowie. No cóż, jak się przebrała na dalszą wycieczkę – po prostu oniemiałem :)

Poszliśmy na kolejny spacer. Klasyka gatunku. Przystanęliśmy przy „jęzorze Tarasa”.
– Tu stał Sobieski – mówię. Dokładnie ten, który jest u was w Gdańsku.
– Niemożliwe?!
– A jednak… Pamiętasz, co jest na nim napisane?
– Taaak… O Boże…
– No właśnie. Do Rosji bym cię nie ciągnął. Chyba, że do Królewca, Tylży i Wystruci, ale to inna bajka, być może to przed nami.
– Ja po prostu nie wiedziałam, nie miałam pojęcia…
– Wiem… I z przyjemnością właśnie zmieniam ten stan rzeczy.
Dostała soczystego buziaka.

Łaziliśmy po Rynku zahaczając o „lwowskie sukiennice”, schodziliśmy wszelkie okoliczne uliczki, zaułki. W końcu trzeba było coś zjeść. Na tyłach Rynku za Dominikanami niemal na rogu Blacharskiej i Ruskiej była znana mi knajpa. Zamówiliśmy po piwku i zastanawiamy się co tu zjeść. Wtem, jak na łesternie, wkracza do lokalu czterech Polaków. Siadają, od razu wódeczka pod browar, biorą menu – za chwilę kręcą bekę z ukraińskich nazw potraw.
– Varenky, cha cha cha, co to jest?
Pełna alkoholowa powózka. Widzę jak dwóch miejscowych pijących wódę przy wejściu sztywnieje – a mnie trafia szlag. Podbijam do nich, szarpię za stół, aż im się kielony poprzewracały
– Co jest, kurwa, u siebie jesteście? Londyńczyk w Krakowie wam się włączył, frajerzy?! Tak prezentujecie polską kulturę w naszym Lwowie?! Wypierdalać, ale już!
– A ty kto jesteś…?
– Legia Warszawa. Przepraszacie, albo koniec trasy i zjazd!
Wstali i wyszli bez słowa. Fart, bo chamy chodziły w cięższej wadze niż ja. Przynajmniej tacy dwaj i mogło być stromo.. Ale poszli.
Woła mnie jeden z tych co siedzieli przy drzwiach.
– Pan, a wy z Warszawy?
Podchodzę do niego.
– Tak
– Ja znaju Warszawu. Niemnożko rabotaju, na stadionie handel, rozmije pan?
– Wsjo jasno, rozumiju.
– Ja Wasyl
I podsuwa mnie pół szklanki wódki.
– Ja Paweł, no dziakuju serdeczno wam, nie magu, mnie treba jeszcze sihodnia maszynu wad’ić – gadam swoim „surżykiem”, żeby się tylko broń Boże wódy nie napić, bo jeszcze przed nami sporo planów.
Pogadaliśmy chwilę, potem zjedliśmy suty śniadanio-obiad na koszt firmy, a moja Madame właśnie wtedy zapragnęła mieć ze mną dzieci… :)

Dzwoni Bożena. Zaprasza nas na szampan z kawą, albo jak wolimy kawę z szampanem i do tego gruzińskie co nieco na ząbek. Musimy niestety pojechać do sowieckiej części za Rogatkę Stryjską. Osiedle wybudowane w miejscu, gdzie za Polski nic nie miało prawa stanąć ze względu na podmokłość terenu. W paskudnych blokach, mimo wysokiego parteru, grzyb i wilgoć w mieszkaniach na wysokość połowy metra. Koszmar. W takich warunkach mieszkała tak zasłużona dla podtrzymywania polskości Lwowa osoba. Szampan krąży raczej bez kawy, jemy pyszne chaczapuri, a Bożena nagle;
– Jedziemy na Piekarską!
Zamówiliśmy Teletaxi. Znowu jesteśmy w prawilnej części miasta. Na Piekarskiej mieszkało małżeństwo. Przyjaciele Bożeny. On Ormiaszka, ona Polka. Co tam się za balanga rozpętała to kosmos! Śpiewy, tańce – do sklepu przy bramie schodziłem trzy razy, a już po pierwszych zakupach myślałem, że tego nie przepijemy. Zdjęcia z tego zamieszania też mam. O ja przepraszam… Szukam na tym kwadracie toalety – dziwne – nie ma. Pytam Ormiaszki co i jak – nie no, kibel jest – ale wspólny na balkonie od podwórza. Znalazłem. Dobrze, że chodziło tylko o siusiu. No dramat. A dla tych biednych ludzi to zwykła codzienność. Ech…
Robi się już grubo, więc kończymy. Wyłazimy z bramy, gdzieś tam Madame łapie jakąś marszrutke – chwila moment jesteśmy na Pełtewnej.
Wchodzimy do pokoju…
Reszta – wyłącznie dla dorosłych… :)
;)

Też mieszkałem w „klasycznym soviecie”, 2 razy. Raz było ok, a raz pytany przez recepcjonistkę co ma być w pokoju, nie pomyślałem o klimatyzacji sądząc, że to standart i wylądowałem w gorącym sierpniu bez klimy. Okna nie dało się otworzyć ze względu na ruch samochodowy. Moja Pani mówi, że otworzymy o 1-2 w nocy jak przestaną jeździć… Przekonaliśmy się, że Lwów nie zasypia nigdy, auta jeździły i trąbiły całą noc. Później w Georgu brak klimy nie przeszkadzał, solidne, austriackie 😉 mury dawały miły chłód.

Moja Pani też przeszła przyspieszony kurs historii. Początkowo nie chciała jeździć do „ruskich”. Po pierwszej wspólnej wizycie we Lwowie już nie muszę jej namawiać, grzecznie pyta kiedy jedziemy i umawia babcię żeby zajęła się potomstwem.

Dorosły syn też załapał bakcyla po pierwszej wizycie we Lwowie. Syn, też Paweł, kibicem nie jest ale wizję świata ma podobną do kolegi Leopolis, który pisał wcześniej więc boczył się trochę na Kryjówkę, symbolikę upowską i próbował dyskutować w knajpach. Szczęśliwie obyło się bez większych problemów. Teraz jego panna jest „szkolona”. Ponieważ syn lubi języki obce, dostał słownik bałaku od mojej byłej i ponieważ ma dryg do tego, słów opanował więcej ode mnie, jak popracuje nad akcentem będzie mógł grać w nowych „Włóczęgach“.

Panie Maćku… Ten Leopolis to jeden z moich wychowanków. Wiekowo mógłby spokojnie być moim synem. Złoty Chłopak. Niestety przegrał walkę z samym sobą. Nakierowanie go na Starą Mapę było formą terapii. Przez jakiś czas to działało. W podróżach „za jeden uśmiech” zwiedzał takie rejony, do których pewnie z braku czasu nigdy nie dotrę. Jak tu się wpisywał, to niekiedy leciał wprost moimi słowami, tylko czasem za ostro. Jedynie w klimatach dotyczących ukraińskiego nacjonalizmu nie dostrzegał różnic pomiędzy latami rzezi a współczesnością. Przeczytał gdzieś o Zasaniu i Przemyślu, a tez Chełmszczyźnie (Wołyń Zachodni) na jakimś ukraińskim czarno-czerwonym portaliku i tak się zakodował, że nie było rozmowy. Ubiegły rok był dla niego fatalny.. Ach, mało powiedziane. Smutna historia.

Dzień dobry!

Zdjęcia lwowskiego rynku sprzed kilku lat wyglądają jak wiele łódzkich ulic dziś. Łódź jest nieco podobna do Lwowa, podobna architektura, kamienice, klimat też jest. Ale „nieco” dobrze oddaje skalę podobieństwa, Lwów to Lwów😀

Ja do Lwowa trafiłem dopiero 5 lat temu, wcześniej jedynie słuchałem opowieści różnych osób…

Pozdrawiam, MŁ.

Ja Lwów poznałam dopiero w lipcu 2015, więc znam już tę „podrasowaną” wersję rynku. Ale już za pierwszym razem zakochałam się w tym mieście bez pamięci… Nawet stwierdziłam, że zmarnowałam pół życia, nie przyjeżdżając tam wcześniej.

Pani Ewo, a czy w ramach podróży po prawdziwej Polsce była Pani w Wilnie i wychwyciła może Pani tą subtelną różnicę pomiędzy Wilnem a Lwowem?

Nigdy nie byłam w Wilnie. Od 5 lat, kiedy tylko czas i pieniądze pozwalają, zmierzam do Lwowa.
Uwielbiam też Odessę, ale to zupełnie inne uczucie.
Lwów to miłość od pierwszego wejrzenia.

Pani Ewo – do Wilna koniecznie trzeba się wybrać. Nie da się poznać historii Polski bez Wilna, Grodna, Lwowa – i skoro jeszcze Pani nie wizytowała naszej północnej, kresowej stolicy, to nie ma na co czekać. Wilno jest przepiękne, tak jak Lwów położone wśród wzgórz… Leży nad konkretną rzeką, a właściwie dwoma – jest takie kapitalne miejsce, gdzie Wilejka wpada do Wilii… Ma jeden poważny minus – nie ma tramwajów.

Natomiast to, o czym pisałem Panu Maćkowi – ta zasadnicza różnica pomiędzy Wilnem a Lwowem jest następująca: Wilno, wobec nieznajomego przybysza jest chłodne i pełne dystansu; Lwów zaś jest pełen przyjacielskiego ciepła. Czuje się, że to miasto wręcz przytula i poklepuje po plecach w talki specyficzny nieco menelski sposób. I to jest to co rozbraja. I tu Wilno faktycznie nie ma szans…

Zapewne była pani na Matejki w Hotelu Dniestr w tej knajpie na górze z widokiem na panoramę Lwowa. W Wilnie jest Hotel Bursztyn. Po ichniejszemu Gintaras. Niech Pani jedzie i nie omieszka zerknąć stamtąd na panoramę Wilna. De gustibus non disputandum est – ale naprawdę można się pokłócić, która piękniejsza…. :)

Znowu odwołam się do Bożeny. Ona to czuła najlepiej. Tak pisał o niej mój Przyjaciel: „Dzisiaj Bożeny z nami już nie ma. Pewnie idzie ulicami swojego nieistniejącego a jednak rzeczywistego miasta. Jedynego prawdziwego. Z torbą wypchaną materiałami, które wreszcie nic nie ważą. Przebiega od Ostrej Bramy wprost na lwowski Rynek. Przez Cmentarz Orląt do tego grobu gdzie leży Matka i Serce Syna. Z góry trzykrzyskiej patrzy, o zachodzie słońca, na cerkiew Św. Jura i wieże kościoła Elżbiety. Z Antokola, spod kościoła św. Piotra i Pawła – na katedrę Ormiańską. A ponad dachami Lwowa wznoszą się delikatnie wieże wileńskich Misjonarzy. I jeszcze jedno jest tam miejsce – gdzie z Kopca Tatarskiego widać panoramę Przemyśla, a dalej srebrną wstęgę Sanu. Widać mały domek otoczony malwami. Wreszcie jest u siebie. W swojej spełnionej Arkadii dobra i piękna. I są tam z Nią najlepsi przyjaciele – mąż Aleksander Oboładze – polski Gruzin z Wilna, Sergiusz Szachwerdow-Krochmal, ormiański książę Szachwerdzian, Walery Bortiakow, Rosjanin z najbardziej polską duszą na świecie. I przychodzi tam Zbigniew Herbert, bo lwowianie zawsze znajdą sposób by sobie pogadać nawet w takich, nadzwyczajnych, okolicznościach.(…)”
I tak można, a może po prostu trzeba traktować Wilno i Lwów… Polecam zresztą całość tekstu „Między Lwowem a Wilnem rozproszona”. Jest na stronie Kuriera Galicyjskiego.

Jeżeli miałbym robić ranking piękności polskich miast zachowanych w oryginale, to pierwsze miejsce ma Lwów, drugie Wilno, trzecie Kraków. Przed wojną pierwsza byłaby Warszawa, no ale szkoda gadać…

A Odessa to miasto rosyjskie z ciekawymi w swej historii polskimi wątkami – piękne, ale to już zupełnie inne klimaty.

Pewnie w końcu tam pojadę…
Wiedzę o Wilnie czerpałam z lektury książek Barbary Wachowicz. Niestety ona nigdy nie dotarła do Lwowa. Szkoda, zważywszy na to jak pięknie pisała o Wilnie. We Lwowie miałaby wiele wątków do opisania.

Znalazłam zdjęcie widoku z Hotelu Gintaras. Pięknie to wygląda…

Bez cienia wątpienia… :)

Niestety zwiedzając Polskę według Starej Mapy – Lwów trzeba zobaczyć na samym końcu, bo już potem żadne inne miasto nie jest w stanie zrobić takiego wrażenia. I nic się nie podoba, grymasi się etc :) To opinia wielu moich znajomych, nie tylko moja.

A na przetrwanie kwarantanny gorąco polecam książkę R.J. Czarnowskiego pt. „Grodno”. To jest to trzecie miasto, o którym Polakom nie wolno zapomnieć. Dlaczego? Lektura rozwieje wszelkie wątpliwości.

Dziękuję za polecenie książki. Właśnie kupiłam ,,Mój Lwów ” Wittlina, więc ,,Grodno” będzie kolejne.

Książki R.J. Czarnowskiego dobrze się czyta, trzeba jednak mieć świadomość, że nie wszystko co autor w nich opisuje jest prawdą. Na przykład w książce „Lwów- sacrum et profanum” opowiada o portretach trumiennych, które jakoby można oglądać w kościele św. Antoniego na Łyczakowie, a jakich wcale tam nie ma. Takich mniejszych lub większych nieścisłości jest tam więcej.
Co do Wilna – ja je bardzo lubię. Zachowanych polskich napisów jest tam zdecydowanie więcej niż we Lwowie, a Rossa choć bardziej zniszczona niż Cmentarz Łyczakowski też pięknie wygląda. Duże wrażenie robi na mnie zawsze Ostra Brama, zwłaszcza ze względu na tak niewielką odległość od obrazu, który tam się znajduje i kilku polskich staruszek, które zawsze tam można spotkać.

W literaturze dot. Kresów błędów jest mnóstwo. Np. czcigodny prof. Roszkowski napisał w ubiegłym roku w najnowszej książce o Orlętach, że z wszystkich polskich pomników we Lwowie „ostał się ino wieszcz” – a przecież to lipa jak stąd na słońce. Albo przegapił Kilińskiego z Głowackim – albo ja miałem kiedyś halucynacje :)

Co do książki Czarnowskiego o Grodnie – świetnie oddaje cały kontekst historyczny roli Grodna w historii Polski, uzasadniając (moim zdaniem słuszne) pretensje Grodnian z międzywojnia, że to Białystok powinien leżeć w Województwie Grodzieńskim, a nie Grodno w Białostockim.

Cmentarz na Rossie – prawdziwe cudeńko, a warszawski Anioł Śmierci z grobowca Izy Salomonowiczówny to najpiękniejsza rzeźba cmentarna jaką widziałem.

Niestety książka o Grodnie jest nie do zdobycia…nawet na Allegro.

Mogę pożyczyć – i u może pomóc nam Kasia, o co uprzejmie Cię Kasiu proszę :)
Pani Ewo, niech pani napisze do Kasi na @, a Kasia da Pani mój adres mejlowy. Pożyczę Pani tę książkę, z tymże korzystanie obecnie z poczty to za duże ryzyko. Wróćmy do tematu po 10 maja ;)
Chyba że ma Pani inny pomysł na dostarczenie przesyłki.

Napisałam i czekam na odpowiedź od Kasi.

Napisałam na podany przez Kasię adres mailowy. Pewnie trafiło do spamu…

Wszystko w porządku. Doszło .

Kasiu, dziękuję!

Ja mam tak samo jak Pani…

Powoli zacząłem się nawet zastanawiać nad przprowadzką, co mi chwilowo moja rodzina wybija z głowy. Ale co się odwlecze…

Pan Paweł pisze do Pani o Wilnie. Byłem w Wilnie w 2011 i nie urzekło mnie. Takie jakieś obce to miasto, mimo wielu mieszkających tam Polaków i bliskiej mi historii. Lwów urzekł mnie od pierwszego razu, można powiedzieć: miłość od pierwszego wejrzenia. Może to pochodzenie? Rodzina od strony Taty pochodzi z Podola, Dziadek mieszkał do Drugiej wojny w Kijowie. Mam tam rodzinę, której nie znam.

Panie Maćku, byłem w Wilnie wiele razy, acz nie tyle co we Lwowie, dlatego właśnie pytam o wychwycenie różnicy pomiędzy Wilnem a Lwowem :) Jak się do tego odniesie Pani Ewa – napiszę o co chodzi, czyli innymi słowy wyłożę meritum sprawy ;)

Co do przeprowadzki – mam taki sam zamiar i taką samą opozycję :)))

Jakieś korzenie na wschodzie mam – pradziadek ze strony mamy urodził się w Zaleszczykach, a prababcia ze strony taty w Podwołoczyskach.
Ale jadąc do Lwowa po raz pierwszy naprawdę niewiele o tym mieście wiedziałam. Dopiero później dowiedziałam się, że we Lwowie mieszkał kuzyn pradziadka i tam urodziło się troje jego dzieci. Tak więc de facto ja żadnych lwowskich korzeni nie mam…

Ja pierwszy raz we Lwowie, jako młody chłopak, w ramach „odwilży” dla rodzin „pochodzących” ze Lwowa, byłem w dniach 8 – 22 sierpnia 1971 r. Trzy dni potem, w środę 25.08 ……………. Ech, pięść się sama zaciska!!! Przez dwa tygodnie przeszedłem prawie cały Lwów chłonąc widoki i obrazy i porównując je z opowieściami lwowskiej części mojej Rodziny. Tego nie da się opowiedzieć w krótkim czasie bez sentymentalnych wzruszeń. To był inny Lwów niż dzisiaj. Ale wchłonął mnie od razu. Od tego momentu bywałem w Nim wiele, wiele razy. W ostatnich 5 latach po kilka razy w roku. Z tych wspomnień – jeden obrazek z lat 70-tych. Za „plecami” pomnika A. Mickiewicza, gdzie dziś stoi szklano-betonowy dziwoląg, była normalna lwowska czynszówka. Na jej parterze lokal z napisem: „Piwo”. Sklep w którym był jeden asortyment – ten z szyldu. 50 m2 , stoły na wysokich nogach, pani za ladą z drewnianymi beczkami i wbitymi w nie „pipami”(kto wie co to było) oraz stołem z mnóstwem kufli. Pić można było tylko na stojąco (tak wysokie były blaty). Mimo charakteru „mordowni” wspominam to z łezką w oku. Dlaczego? Powodem był sprzedawany tam napój. Piwo lwowskie. W całym mieście jeden gatunek. Ale ten smak !!!! I ja go dalej czuje !!!! A propos zdjęć. Gdzieś one są. Muszę poszukać w rodzinnych archiwach. Jest czas. Kwarantanna. Pozdrawiam wszystkich w tym ciężkim czasie.

Moja serdeczna koleżanka, nieodżałowana ŚP Bożena, w 1971 roku mieszkała z rodzicami tuż za Rogatką Łyczakowską na Jałowcu przy Wąwozowej. Pamiętała bardzo dobrze dzień zagłady Cmentarza Orląt. Opowiadała mi jak we Lwowie gruchnęła o tym wieść. Była akurat w domu. Rzuciła wszystko i w te pędy wybiegła w stronę Pasiecznej, a potem biegiem jakimiś skrótami przez Park Głowackiego oraz Cetnerówkę dobiegła na Cmentarz Obrońców Lwowa. Ujrzawszy dzieło sowieckiej barbarii długo na miejscu skulona z rozpaczy płakała klęcząc na świeżutkim gruzowisku. Nie była jedyną Polką w tamtej chwili tam na miejscu…

Co do lwowskiego piwa – obecnie również faktycznie smakuje świetnie, ale tylko we Lwowie. Nie wiem na czym to polega, ale np. Lvivskie 1715 dostępne w marketach Warszawy lub Trójmiasta – to mega sikacz. Co innego Czernichowskie. Smakuje teraz tak, albo nawet lepiej, jak Warszawskie za komuny. To było piwo! :)

Ile razy jestem na „Orlętach”, a jestem z Nimi związany uczuciowo przez mojego dziadka „Obrońcę Lwowa” odznaczonego za udział, opowiadam znajomym, przyjaciołom, grupom turystów, starszym i młodzieży historię tego miejsca. Na Cmentarzu staram się pokazać szczególne miejsca, opuszczane często przez przewodników. Np. miejsce pochówku najmłodszego Jasia Kukawskiego lat 9, groby Rudolfa Indrucha, trzech lotników Bastyr-Stec-Toruń i ich historię, nagrobki dziewcząt ( m.in. Sulimirskiej i Bieganówny) i ich roli w Obronie, zbite napisy w katakumbach o odznaczeniu leżącego Krzyżem Obrony Lwowa, historie Marii Dulębianki, kwaterę Zadwórzaków i ich losach itp. Zaskoczeniem jest to, że bardzo często zasypywany jestem gradem pytań m.in. o amerykańskich lotników, francuskich piechurów, dat śmierci po 1918. Bez oratorskich popisów staram się w prosty i zrozumiały sposób odpowiedzieć. Gorzej gdy pytania dotyczą aktualnych stosunków polsko-ukraińskich w kontekście tego co usłyszeli i co widzą. Będę się z tego spowiadać, ale………. Nawiasem mówiąc do każdej grupy, w której taki jak ja „bałaka” różne rzeczy dołącza „pan” który słucha, a uszy mu rosną i rosną. Skąd my to znamy !!!

Dzieło misyjne na Orlętach również pełnię zawsze, kiedy tylko mogę.
Tylko takich panów od ucha nigdy nie zauważyłem. Może nie ryzykowali, bo wiedzieli, że będzie bolało :D
A co tam mamy na wokandzie w sprawie stosunków polsko ukraińskich, co jest godne wyłącznie spowiedzi?

Groby Bastyra, Steca, Torunia i Mączyńskiego są symboliczne – do dziś nie wiadomo, gdzie są naprawdę pochowani.
Ja na Łyczakowskim najbardziej lubię chodzić po bocznych alejkach, i być zaskakiwanym nazwiskami znajdowanymi na nagrobkach. Również nie zdażyło mi się spotkać „panów od ucha”, ale kilkukrotnie uzupełniałem informacje przekazywane przez ukraińskich przewodników, którzy oprowadzali polskie grupy. Do Zadwórza też już zabrałem kilkoro znajomych – niechcący reaktywowaliśmy chyba przedwojenny zwyczaj, bo kiedy machamy do przejeżdżających pociągów, to maszyniści odpowiadają nam gwizdaniem🙂

Właśnie tą legendę miałem na myśli, pisząc o reaktywowaniu przedwojennego zwyczaju. Mówi Pani przejazd?… To ja chyba wolę dalej wierzyć legendzie😉

Poznałem około 10 przewodników. Byłem uczestnikiem grup, które oprowadzali. Większość to standard. Mogiła Pięciu (tu znicze), Pomnik Chwały, Miejsce „Nieznanego” Żołnierza, Kaplica i coś co się trafi „po drodze”. Szybko, w skrócie i „idziemy dalej”. Pani Kasiu – Pani to inny poziom. Z Panią byłem kilka razy. Klasa!!!
Panowie Tomaszu i Pawle. Co do „ciekawskich” to jednemu zrobiliśmy nawet zdjęcie. Wiał tylko kurz. Ale obecność tych panów potwierdził Prezes Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi. Gdy w maju ub. r. przed Kaplicą dzieci chciały (a właściwie zaczęły) śpiewać piosenkę o Orlętach, p. Janusz podszedł i wskazując na siedzących w samochodzie przed Kaplicą „cichociemnych”, prosił by tego nie robić bo będzie miał kłopot. Ktoś się czegoś boi czy co? A może cała prawda boli? Nieustanne pozdrowienia dla wszystkich komentujących. Uważajcie na wirusa w koronie!!!

Ja już od dawna nie zwiedzam Lwowa z przewodnikami, często natomiast idąc w pobliżu kolejnej wycieczki mam okazję słuchać tego co opowiadają. Czasami są to wyjątkowe kocopoły, które wyrobiły we mnie nawyk sprawdzania ich potem gdzie się da, no bo może faktycznie to prawda? Pamiętam np. historię o tajemniczej konstrukcji z drewna umieszczonej pod sceną w Teatrze Wielkim, dzięki której to konstrukcji (zniszczonej rzekomo po wojnie przez Sowietów), akustyka panująca w Teatrze była lepsza niż w La Scali. Kolejna historia dotyczy dwóch braci, którzy pobudowali się naprzeciwko siebie na ul. Kopernika, i tak się nienawidzili, że jeden postawił sobie na dachu maszkarony mające go straszyć swoim widokiem przez okno. Jest tego więcej🙂

Jak widzę nie jestem jedynym, który rozważał zakup mieszkania we Lwowie:D
Ja jednak po zastanowieniu się zrezygnowałem (na razie) – z Krakowa na szczęście nie mam daleko. Co do piwa, to muszę Panom przyznać rację – np. takie Złote Ale Roberta Doomsa. Pomimo, że to wytwór Carlsberga, to smakuje wspaniale!

Z Krakowa może nie jest daleko, ale dobrze by było mieć mieszkanie we Lwowie.
W kwestii piwa uważam, że najlepsze jest żywe rozliwne, nie pamiętam dokładnie nazwy. Robert Doms też, ale belgijskie.

Już to widzę :)
Gdzie dwóch Polaków tam trzy różne zdania. To ile by było przy czterech? ;)

W przyszłości sprawy spadkowe skomplikowałyby życie kolejnym pokoleniom 😉.

Pdf mini-guides

Ostatnie wpisy